Niemieckie represje wobec ludności Bydgoszczy (1939) – masowe zbrodnie wojenne popełnione przez okupanta niemieckiego na cywilnej ludności Bydgoszczy pochodzenia polskiego i żydowskiego, w okresie między wrześniem a grudniem 1939 roku.
Masowe aresztowania i egzekucje mieszkańców Bydgoszczy, dokonywane w pierwszym rzędzie przez żołnierzy Wehrmachtu i członków Einsatzgruppen, odbywały się początkowo w atmosferze chaosu i stanowiły zemstę za wydarzenia tzw. bydgoskiej „Krwawej niedzieli” (3-4 września 1939) oraz za opór stawiany wkraczającym oddziałom Wehrmachtu przez miejscową Straż Obywatelską. Przeprowadzane doraźnie represje przekształciły się później w zorganizowaną akcję eksterminacyjną, której celem była likwidacja polskiej elity politycznej i umysłowej w Bydgoszczy, a której głównym wykonawcą stał się paramilitarny Selbstschutz. W ciągu pierwszych czterech miesięcy okupacji Niemcy zamordowali w tajnych lub publicznych egzekucjach około 5000 mieszkańców Bydgoszczy i powiatu bydgoskiego[1], z czego prawdopodobnie od 1500[2] do 1900[3] ofiar pochodziło z samej Bydgoszczy.
W pierwszych miesiącach niemieckiej okupacji Pomorze było tym regionem Polski, w którym nazistowski terror przybrał najbardziej brutalną formę. Polscy historycy oceniają, że w okresie: wrzesień 1939 – wiosna 1940 okupanci zamordowali na Pomorzu od 36 do 50 tysięcy Polaków i Żydów[4]. Niemiecki historyk Dieter Schenk obliczył z kolei, iż w latach 1939–1945 w bezpośrednich egzekucjach hitlerowcy zamordowali na tych terenach od 52 794 do 60 750 ludzi. z wyjątkiem kilkuset, niemal wszystkie te osoby straciły życie w pierwszych miesiącach po wkroczeniu wojsk niemieckich[5]. Nawet jednak na tym tle, niemieckie represje wobec ludności Bydgoszczy przybrały wyjątkowe rozmiary[6], czyniąc z miasta jeden z symboli niemieckich okrucieństw popełnianych w okupowanej Polsce[7]. Obecnie całkowite straty wśród mieszkańców Bydgoszczy w czasie całej II wojny światowej historycy szacują na około 10 000 ofiar[8].
Można wyróżnić kilka przyczyn, dla których niemiecki terror przybrał w Bydgoszczy tak brutalną formę. Propagandowe uzasadnienie dla rozprawy z ludnością Bydgoszczy dały nazistom przede wszystkim wydarzenia tzw. bydgoskiej „krwawej niedzieli” (niem. Bromberger Blutsonntag) z 3–4 września 1939, które w polskiej historiografii są opisywane jako krwawe stłumienie przez wojsko polskie niemieckiej akcji dywersyjnej w mieście, a w niemieckiej – jako pogrom tamtejszych volksdeutschów. Goebbelsowska propaganda dołożyła wielu starań, aby wydarzenia w Bydgoszczy zostały przedstawione w sposób poruszający i stanowiły propagandowe uzasadnienie dla nazistowskiej polityki eksterminacyjnej prowadzonej na ziemiach polskich (zwłaszcza na Pomorzu)[7].
W pierwszych dniach okupacji niemieckie represje były również spowodowane oporem stawianym wkraczającym oddziałom Wehrmachtu przez miejscową Straż Obywatelską, którą Niemcy wbrew prawu międzynarodowemu uznawali za formację partyzancką. Później oba te wydarzenia stały się pretekstem dla okupanta w przeprowadzeniu akcji likwidacji polskiej elity politycznej i umysłowej w Bydgoszczy oraz do rozprawy z ludnością żydowską. Bydgoskie represje były zresztą częścią szerszej akcji eksterminacyjnej, realizowanej na całym Pomorzu w ramach tzw. akcji „Inteligencja” (Intelligenzaktion)[9].
W niemieckiej polityce represji, wymierzonej w ludność Bydgoszczy, profesor Włodzimierz Jastrzębski wyróżnił trzy fazy[10]:
Oddziały Wehrmachtu wkroczyły do Bydgoszczy we wtorek 5 września 1939. Tego samego dnia w mieście pojawił się również pododdział SS (Einsatzkommando 1/IV) dowodzony przez SS-Sturmbannführera Helmuta Bischoffa, który wchodził w skład podążającej za regularną armią Einsatzgruppe IV (SS-Brigadeführer Lothar Beutel)[12]. Z Bydgoszczy wycofali się już żołnierze regularnej armii polskiej, jednak wkraczający Niemcy napotkali na zaciekły opór stawiany przez członków bydgoskiej Straży Obywatelskiej. Szczególnie zacięte walki wybuchły w robotniczej dzielnicy Szwederowo, gdzie działali kolejarze należący do Kolejowego Przysposobienia Wojskowego pod dowództwem Franciszka Marchlewskiego[13]. W walce zginęło dwóch niemieckich żołnierzy, a oficer w stopniu majora został wzięty do niewoli[14]. Bydgoska Straż Obywatelska złożyła broń dopiero po uzyskaniu od generała Eccarda von Gablenza (dowódcy grupy bojowej „Netze”) zapewnienia, że respektowane będą jej prawa należne regularnym wojskom[a]. Niemcy nie dotrzymali jednak złożonych obietnic. Wzięci do niewoli członkowie Straży Obywatelskiej zostali wydani w ręce funkcjonariuszy Einsatzgruppe IV. Część jeńców (w liczbie ok. 40)[15] SS-mani zakatowali na śmierć metalowymi prętami[b]. Resztę, w tym obydwu przywódców Straży – Konrada Fiedlera i Mariana Maczugę – rozstrzelano na bydgoskich Bielawkach[16][17].
Przez pierwszych kilka dni w zajętym przez Niemców mieście panował chaos. Równolegle z opanowywaniem poszczególnych dzielnic Bydgoszczy okupanci przeprowadzali masowe aresztowania ludności cywilnej, których ofiarami padali przede wszystkim robotnicy, kolejarze, drobni rzemieślnicy, niżsi urzędnicy i młodzież szkół średnich, z tych bowiem środowisk wywodzili się przede wszystkim członkowie Straży Obywatelskiej[18]. W doraźnych egzekucjach dokonywanych przez Einsatzgruppe IV oraz Wehrmacht (zwłaszcza żołnierzy 1. pułku łączności) zginęły setki mieszkańców miasta. Generał Braemer oceniał, że miedzy 5 a 8 września rozstrzelano w Bydgoszczy co najmniej 400 osób. Z kolei Werner Kampe obliczał liczbę zabitych w tym czasie mieszkańców miasta na 200-300 osób[19]. Pierwsze, dość spontaniczne i chaotyczne egzekucje, odbywały się w różnych rejonach miasta: w koszarach 16. pułku ułanów wielkopolskich przy ul. Szubińskiej, w koszarach 15. pułku artylerii lekkiej przy ul. Gdańskiej, na stadionie miejskim przy al. Mościckiego (dziś ulica Sportowa), na lotnisku przy ul. Jagiellońskiej, pod murem więzienia przy ul. Wały Jagiellońskie, w okolicach szpitala miejskiego na Bielawkach[16]. Brutalność Niemców podsycało przekonanie, iż Bydgoszcz jest ogarnięta "polskim powstaniem". Miały o tym świadczyć raz po raz padające w mieście strzały "partyzantów"[20]. Trudno jednak ocenić ile razy niemieccy żołnierze zostali rzeczywiście zaatakowani przez Polaków, a ile razy owe incydenty były po prostu efektem niekontrolowanej wymiany strzałów, wywołanej przez niedoświadczonych i ogarniętych „partyzancką psychozą” niemieckich rekrutów.
Wojskowym komendantem miasta został w dniu 8 września 1939 mianowany generał major Walther Braemer[19][21] (dowódca 580. obszaru tyłowego armii), choć faktyczną władzę w Bydgoszczy przejął już dwa dni później szef lokalnej komórki NSDAP (a od końca września nadburmistrz), Werner Kampe. W Bydgoszczy i okolicznych miejscowościach zaczęły się również tworzyć pierwsze struktury Selbstschutzu[c] – paramilitarnej formacji złożonej z przedstawicieli niemieckiej mniejszości narodowej, zamieszkującej przedwojenne terytorium Rzeczypospolitej[22]. Ze względu na panujący w mieście chaos oraz rzekome zagrożenie ze strony „wszechobecnych” polskich partyzantów dowództwo niemieckiej 4. Armii nakazało Braemerowi (przed wojną aktywnemu członkowi SS[d]) przeprowadzenie bardziej zorganizowanej „akcji oczyszczającej”[19].
Generalna rozprawa z bydgoszczanami rozpoczęła się 8 września. Braemer wydał tego dnia rozkaz w sprawie oczyszczenia miasta ze „zbrodniczych elementów polskich”. Niemieccy żołnierze i policjanci szczelnym kordonem otaczali zamieszkane przez Polaków dzielnice, po czym systematycznie przeszukiwali dom po domu, mieszkanie po mieszkaniu. W przypadku znalezienia broni (do tej kategorii mogła być zaliczona pamiątkowa szabla, myśliwska dubeltówka czy pałka policyjna) lokatorów płci męskiej rozstrzeliwano na miejscu[16]. Pozostałych „podejrzanych” kierowano do prowizorycznego więzienia zorganizowanego w koszarach 15 PAL. Do rana 9 września uwięziono około 400-500 osób, a do 10 września liczba zatrzymanych wzrosła do 1400[10]. Czystki dotknęły przede wszystkim dzielnice uznane przez okupanta za najbardziej niebezpieczne, takie jak Szwederowo[e]. 10 września dowództwo 580. obszaru tyłowego armii oceniło w dzienniku wojennym, iż: "[…] w najpodlejszej dzielnicy zamieszkiwanej przez komunę zastrzelono ok. 120 osób, a kolejne 900 aresztowano". W trakcie "akcji oczyszczającej" musiało dochodzić do ekscesów, gdyż Braemer poczuł się zmuszony do wydania rozkazu, w którym precyzował, aby każdą osobę u której znaleziono broń doprowadzać przed sąd specjalny a nie od razu rozstrzeliwać[23]. W zupełnie innym kierunku szły z kolei rozkazy Bischoffa, który nakazał zastrzelić wszystkie osoby, które "w jakikolwiek sposób wydadzą się podejrzane", oświadczając jednocześnie swym SS-manom, iż "w tej akcji każdy może się sprawdzić jako prawdziwy mężczyzna"[24].
9 września odbyła się pierwsza publiczna egzekucja na bydgoskim Starym Rynku, której ofiarą padło 20 osób[23][25]. Spędzonych na rynek Polaków przed egzekucją bito kolbami, zmuszano do padania i wstawania oraz stania godzinami z podniesionymi rękami[26][27]. Gdy w nocy z 9 na 10 września postrzelono niemieckiego żołnierza, Braemer kazał następnego dnia rozstrzelać na bydgoskim rynku kolejnych 20 zakładników. Pięciu innych cywilów zastrzelono na rynku rzekomo w czasie próby ucieczki[23]. Nierzadko zdarzało się również, że wśród szpalerów zatrzymanych Polaków i Żydów przechodzili miejscowi volksdeutsche, którzy wskazywali eskorcie rzekomych uczestników „bydgoskiej krwawej niedzieli”. Ludzie ci byli następnie separowani od pozostałych więźniów, oznaczani znakiem krzyża za pomocą białej farby i rozstrzeliwani[28][29]. W ten sposób zginęło m.in. 20 Polaków wybranych spośród tłumu zatrzymanych przy ulicy Saperów[30].
Łącznie w okresie urzędowania Braemera (8-11 września 1939) zamordowano w Bydgoszczy około 370 Polaków[20][31]. Spośród tego grona ok. 120-150 osób zostało na rozkaz SS-Brigadeführera Beutela (w porozumieniu z Braemerem) rozstrzelanych przez funkcjonariuszy Einsatzgruppe IV w podbydgoskich lasach[32].
11 września, niemieckie Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych (Oberkommando des Heeres) poinformowało 4. Armię, iż Hitler: „ze względu na buntowniczą ludność polską w Bydgoszczy rozkazał Reichsführerowi-SS wziąć 500 zakładników i przedsięwziąć jak najostrzejsze środki (doraźne egzekucje), aż do momentu spacyfikowania miasta. Wojsku należy nakazać, by nie przeszkadzało organom Reichsführera-SS”[20]. Akcja eksterminacyjna w Bydgoszczy weszła w tym momencie na nowy tor. Likwidowano teraz Polaków oskarżonych o udział w „krwawej niedzieli” oraz inteligencję. Główną rolę w akcji eksterminacyjnej odgrywał odtąd Selbstschutz oraz formacje SS i policji niemieckiej[33]. 18 września funkcjonariusze Einsatzgruppe IV skierowali pierwszy, liczący 62 osoby, transport z Bydgoszczy do obozu koncentracyjnego Dachau[34]. Jednocześnie wydano tajny rozkaz komendantowi Dachau, aby po przybyciu transportu rozstrzelał wszystkich więźniów[35], z wyjątkiem księdza kanonika Józefa Schulza[f]. Nadal organizowano wielkie obławy w poszczególnych dzielnicach. W nocy z 1 na 2 października aresztowano tymczasowo 2000 Polaków. 6 października urządzono na polecenie nadburmistrza Kampego wielką łapankę, podczas której zatrzymywano każdego, kto nie posiadał zaświadczenia o zatrudnieniu wystawionego przez Urząd Pracy[36].
W pierwszych tygodniach okupacji bez śladu przepadł dyrektor ogrodów miejskich w Bydgoszczy, Marian Gunzel oraz inni polscy pracownicy bydgoskiego zarządu miejskiego[g]. Zostali oni wezwani 24 września 1939 przez kreisleitera Kampego na posiedzenie do ratusza. Tego dnia nie wrócili do domów i nie dali znaku życia przez cały okres okupacji. Dopiero po wojnie w niemieckich aktach, pozostawionych w gmachu sądowym w Bydgoszczy, znaleziono informację, sporządzoną w kwietniu 1940 dla Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeszy, że kreisleiter kazał wywieźć przybyłych urzędników do Lasu Gdańskiego i tam rozstrzelać. Werner Kampe nakazał także zamordować ich najbliższych krewnych, aby „nie tworzyć męczenników”[37][38].
Zarządzenia wojskowych oraz cywilnych władz III Rzeszy odnośnie do Bydgoszczy były nadzwyczaj radykalne, a działania podejmowane na miejscu w pierwszych dniach okupacji miały charakter brutalny i samowolny. Oficjalnie była to reakcja na raz po raz padające w mieście strzały partyzantów. Rzeczywistość w żaden sposób nie odzwierciedlała jednak tych twierdzeń. Między 6 a 11 września (a więc już po złożeniu broni przez Straż Obywatelską) w Bydgoszczy zginęło bowiem zaledwie 2 żołnierzy niemieckich, a 2 innych zostało rannych. Zdaniem niemieckiego historyka Hansa Umbreita „dziesiątkowanie określonych grup społecznych po części pokrywało się z metodami, za pomocą których wojsko i policja chciały z pozoru legalnie przywrócić wewnętrzny porządek (…) Prowadząc bezwzględną walkę z partyzantami, wymierzając surowe kary za posiadanie broni oraz podejmując bezlitosne działania odwetowe przeciwko niewinnym ludziom, realizowano częściowo program Hitlera”[20].
Mieszkańców Bydgoszczy aresztowanych podczas kolejno następujących po sobie „akcji oczyszczających”[h] umieszczano w prowizorycznym obozie dla internowanych (Internierungslager), utworzonym w koszarach 15. pułku artylerii lekkiej przy ul. Gdańskiej. Decyzja o utworzeniu tego obozu zapadła najprawdopodobniej jeszcze przed zajęciem miasta przez Niemców. 5 września 1939 szef zarządu administracji cywilnej przy dowódcy 4. Armii, SS-Oberführer Fritz Hermann, w pisemnej instrukcji dla swych terenowych pełnomocników nakazał aresztowanych Polaków „nie budzących zaufania odprowadzić do obozów dla internowanych” wymieniając wśród nich również obóz w Bydgoszczy[18].
Zwykle aresztowanych spędzano najpierw do punktów zbornych mieszących się w koszarach przy ul. Warszawskiej, zajmowanych przed wojną przez 62. pułk piechoty oraz w koszarach 16. pułku ułanów przy ul. Szubińskiej. Przeprowadzono tam wstępne badania personalne i podejmowano decyzje, czy zatrzymanego przekazać do właściwego obozu w koszarach 15 PAL, czy też zwolnić[18].
W koszarach przy ul. Gdańskiej 147 internowanych lokowano w pomieszczeniach dawnej zbrojowni i w stajniach koszar[9]. Więźniowie Internierungslager przetrzymywani byli w fatalnych warunkach bytowych (w stajniach musieli spać wśród stert odchodów i rojów robactwa) oraz traktowani byli przez strażników w bardzo brutalny sposób. Otrzymywali głodowe racje żywnościowe, a w nocy stosowano ostre światło, które utrudniało sen. Internowanych zmuszano też do wyczerpujących apeli. W szczególnie ciężkich warunkach byli przetrzymywani nauczyciele uwięzieni w tzw. bloku nr 5 (dawne stajnie) oraz Żydzi umieszczeni w tzw. bloku nr 8. W kancelarii obozowej członkowie Einsatzgruppen (w obecności komendanta obozu, Baksa) urządzali przesłuchania więźniów, połączone z biciem i torturami. Na przesłuchiwanych starano się wymusić przyznanie się do członkostwa w Polskim Związku Zachodnim lub innych organizacjach krzewiących polskość. Część więźniów kierowano do pracy w niemieckich gospodarstwach rolnych. Nierzadko dochodziło wówczas do indywidualnych zabójstw, dokonywanych przez członków eskorty (zabijali oni np. najbardziej zawszonych więźniów)[39]. Ponadto we wrześniu na terenie koszar lub w ich bezpośrednim pobliżu Niemcy zamordowali ok. 28 osób[40].
Maria Wardzyńska ocenia, iż w samym tylko wrześniu 1939 uwięziono w koszarach 15 PAL około 3500 osób[41]. Trudno jednak ustalić całkowitą liczbę więźniów, którzy przeszli przez obóz internowania. Niemieckie dane liczbowe nie wydają się być wiarygodne w tym względzie. Po pierwsze, w porównaniu z powojennymi relacjami wydają się być zaniżone[i]. Po drugie, liczba internowanych ulegała ciągłym zmianom. Wysyłano bowiem duże grupy do prac rolnych, część więźniów zwalniano, część przekazywano do dyspozycji prokuratury przy bydgoskim Sądzie Specjalnym, a innych z kolei wysiedlano do centralnej Polski. W końcu września 1939 roku odesłano w liczący około 150 osób transport do obozu koncentracyjnego Buchenwald[j]. W połowie października nie mniejszy transport, w którym przeważali wzięci do niewoli żołnierze polscy, odszedł do obozu w Nowym Porcie w Gdańsku. Stale, zwłaszcza wraz z nasileniem działań przeciwko polskiej inteligencji, napływali też nowi więźniowie. Ponadto od początku października wywożono stale internowanych w odludne miejsca pod Bydgoszczą, gdzie ich rozstrzeliwano[18].
Z chwilą zlikwidowania 25 października 1939 administracji wojskowej na okupowanych ziemiach polskich i przejęcia pełni władzy przez niemiecką administrację cywilną, obóz dla internowania został podporządkowany władzom policyjnym. Miejsce wartowników wojskowych zajęła policyjna straż obozowa. Władze wojskowe przekazując obóz policji zażądały jednocześnie jego przeniesienia z koszar, które miały być odtąd wykorzystywane przez jednostki Wehrmachtu stacjonujące w Bydgoszczy. W związku z powyższym częstotliwość wywózek i egzekucji znacznie wzrosła[39]. W ostatnich dniach października opróżniono m.in. ostatecznie tzw. „blok żydowski”[42]. 1 listopada 1939 obóz, w którym znajdowało się wciąż ok. 300 więźniów, przeniesiono do byłych magazynów amunicji na przedmieściu Jachcice. W końcu grudnia 1939 roku bydgoski Internierungslager został ostatecznie zlikwidowany. Część więźniów zwolniono, część odesłano na roboty przymusowe do Rzeszy, a pozostałych do obozu koncentracyjnego Stutthof[18].
Aresztowani Polacy i Żydzi byli ponadto więzieni w kilku innych miejscach na terenie Bydgoszczy. Część trafiła do aresztu Selbstschutzu, mieszczącego się w gmachu byłego Klubu Polskiego przy ulicy Gdańskiej 50. Wiele osób (głównie działaczy Polskiego Związku Zachodniego[41]) trafiło również do piwnic budynku przy ulicy Poniatowskiego 6, gdzie urządzono siedzibę bydgoskiego Gestapo. Aresztowanych Polaków przetrzymywano tam w fatalnych warunkach oraz poddawano torturom i najróżniejszym szykanom[43]. W egzekucjach lub na skutek złego traktowania zginęło w gmachu przy ulicy Poniatowskiego co najmniej 19 (znanych z nazwiska) mieszkańców Bydgoszczy[44].
Nazistowskie władze były zdecydowane wykorzystać propagandowy potencjał, który niósł ze sobą zafałszowany opis wydarzeń z 3 i 4 września 1939. Celem osądzenia i „ukarania” Polaków zaangażowanych w rzekome prześladowania niemieckiej ludności podczas „bydgoskiej krwawej niedzieli” władze niemieckie zorganizowały w Bydgoszczy tzw. Sąd Specjalny (Sondergericht Bromberg). Jego działalność zainaugurował sam Roland Freisler[k], podsekretarz stanu w ministerstwie sprawiedliwości Rzeszy[45]. Początkowo skład osobowy sądu tworzyli sędziowie i prokuratorzy oddelegowani z Piły. Już po tygodniu (17 września) Sondergericht Bromberg został jednak wzmocniony kadrowo przez grupę prawników przysłanych z Berlina[46]. Duży wpływ na działalność sądu miała specjalna komisja Urzędu Policji Kryminalnej Rzeszy, na której czele stał dr Bernd Wehner[47]. Komisja przekazywała sądowi wykrytych „sprawców, podżegaczy i pomocników” biorących udział w „krwawej niedzieli”[45].
Sondergericht Bromberg rozpoczął swoją działalność 9 września 1939 i już dwa dni później wydał trzy wyroki śmierci[48][l]. Rozprawy prowadzone przed bydgoskim Sądem Specjalnym były parodią uczciwego procesu, a w ich trakcie łamano nawet przepisy nazistowskiej procedury sądowej. Materiały z dochodzenia były często bardzo lakoniczne i niewiarygodne, a akty oskarżenia opierały się nierzadko na zeznaniach jednej osoby lub po prostu na pisemnym zawiadomieniu o popełnieniu przestępstwa[49]. Bardzo często Niemcy wymuszali przyznanie do winy za pomocą tortur lub gróźb[46]. Dochodziło w rezultacie do kuriozalnych sytuacji, jak w przypadku, gdy jeden z torturowanych Polaków przyznał się do zabicia Volksdeutscha, który w rzeczywistości przeżył „krwawą niedzielę” bez żadnego uszczerbku[50]. Niemieccy sędziowie nie pozwalali oskarżonym Polakom na składanie wyjaśnień – mogli oni jedynie udzielać krótkiej odpowiedzi na zadane im pytania. Nie tłumaczono zeznań świadków na język polski, jak również nie pozwalano oskarżonym na zadawanie świadkom pytań. Permanentnie łamano zasadę rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego. Ponadto częstą praktyką niemieckich prokuratorów było składanie wniosków o rezygnację z zaprzysiężenia polskich świadków, przy jednoczesnym podtrzymaniu tego obowiązku w stosunku do świadków narodowości niemieckiej. W rezultacie Sąd Specjalny zawsze dawał wiarę zeznaniom Niemców, jako złożonym pod przysięgą[49]. Podczas rozpraw sędziowie nie kryli się ze swoją stronniczością, ubliżając oskarżonym od „polskich podludzi”, „polskich bandytów”, czy też „ludzi niegodnych życia wśród Niemców”. Z kolei niemieccy adwokaci, których przydzielano oskarżonym byli obrońcami tylko z nazwy. Z reguły nie składali bowiem wniosków o przesłuchanie świadków, czy przeprowadzenie innych dowodów, nie kontaktowali się ze swoimi klientami, ani nie protestowali przeciwko naruszeniom prawa procesowego. Przed sądem zazwyczaj wnioskowali o „sprawiedliwe ukaranie” oskarżonych, a czasami wręcz sami postulowali wydanie wyroku śmierci[51].
Od pierwszych dni funkcjonowania Sądu Specjalnego Niemcy szukali takich podstaw prawnych, które pozwoliłyby im objąć postępowaniem jak najszerszy krąg osób[51]. Służyła temu celowi przede wszystkim szeroko interpretowana zasada tzw. rozszerzonego współsprawstwa w morderstwie[m]. Katalog czynów, za które sądzono Polaków przed bydgoskim Sądem Specjalnym był zresztą wyjątkowo szeroki. Między innymi pewnego polskiego rzeźnika skazano na śmierć, gdyż podczas wypadków 3 i 4 września miał „strącić z roweru volksdeutscha”[45]. 18 osób skazano za rzekome prześladowanie volksdeutschów w okresie przed wybuchem wojny, choć w myśl zasady lex retro non agit Sąd Specjalny nie miał ku temu podstawy prawnej[52]. Karano też śmiercią za „wrogie wypowiedzi” lub wskazanie polskim żołnierzom domu, z którego strzelali dywersanci[53]. Wyroki śmierci były wykonywane przez pluton egzekucyjny żandarmerii na dziedzińcu więzienia przy ulicy Wały Jagiellońskie 4[54].
Do 31 grudnia 1939 Sondergericht Bromberg zakończył 876 spraw, a 129 pozostało otwartych. 100 osób (87 mężczyzn i 13 kobiet) skazano na śmierć, 10 osób otrzymało kary dożywotniego ciężkiego więzienia, 23 osoby skazano na okresowe ciężkie więzienie, 14 innych osób na kary „zwykłego” więzienia, a 21 osób uniewinniono[55]. Do końca wojny bydgoski Sąd Specjalny w sprawach dotyczących wydarzeń „krwawej niedzieli” skazał na śmierć łącznie 243 osoby[52]. Sondergericht Bromberg został przez nazistowską prasę uznany za: „najostrzejszą broń przeciwko polskiemu motłochowi i polskim mordercom” (za: Danziger Vorposten z 1 lutego 1940)[45].
O ile w pierwszych dniach okupacji represje miały często przypadkowy charakter, o tyle w następnych tygodniach były już wymierzone – podobnie jak to miało miejsce w innych regionach okupowanej Polski – w konkretne grupy zawodowe (np. nauczycieli, duchownych katolickich), środowiska społeczne oraz członków organizacji i stowarzyszeń krzewiących polskość (takich jak Polski Związek Zachodni, Liga Morska i Kolonialna czy Związek Powstańców i Wojaków)[56]. Zatrzymań dokonywano wedle sprawdzonego w pierwszych dniach okupacji mechanizmu „akcji oczyszczających”. Między innymi, 14 października 1939 zorganizowano obławę na polskich nauczycieli, w trakcie której aresztowano 186 pedagogów. W nocy z 18 na 19 października zorganizowano obławę na członków Polskiego Związku Zachodniego, aresztując 91 z nich (w tym 21 kobiet)[57]. 20 października zorganizowano wielką łapankę w okolicach ulicy Kujawskiej. Zatrzymano wówczas około 1200 ludzi, spośród których wyłowiono po przesłuchaniach 27 osób, których nazwiska figurowały na listach proskrypcyjnych, w kartotekach policyjnych lub zostały zgłoszone przez volksdeutschów[57][58]. W listopadzie rozpoczęły się z kolei aresztowania księży katolickich[10]. Szeroko zakrojoną „akcję uspokajającą” (Befriedungsaktion) przeprowadzono 11 listopada, w dniu polskiego święta niepodległości. W operacji tej wzięło udział 115 grup składających się z funkcjonariuszy Gestapo, Kripo, Schutzpolizei i członków Selbstschutzu, a w jej wyniku zatrzymano blisko 3800 osób. Była to ostatnia wielka łapanka zorganizowana przez Niemców w Bydgoszczy[58].
Większość Polaków i Żydów zatrzymanych w trakcie owych obław trafiła do bydgoskiego Internierungslager. Tam o ich dalszym losie decydowała urzędująca w obozie specjalna komisja, złożona początkowo z SS-manów wchodzących w skład Einsatzgruppe IV, a później z przybyłych z Gdańska członków Einsatzkommando 16[18]. 20-osobową grupą gdańskich SS-manów kierował radca kryminalny (Kriminalrat) Jakob Lölgen. Współpracowała z nim wchodząca również w skład EK 16 niewielka jednostka SD, kierowana przez SS-Sturmbannführera dr Rudolfa Oebsger-Rödera[59]. Komisja Lölgena decydowała, których więźniów należy zwolnić lub wysiedlić do Generalnego Gubernatorstwa, których skierować do obozów koncentracyjnych, a których zlikwidować na miejscu. Często również w obozie zjawiały się kobiety niemieckie, które wybierały osoby do rozstrzelania. „Procedura” ta polegała na wskazaniu więźnia i zakomunikowaniu, że brał on udział w „bydgoskiej krwawej niedzieli”[60].
Skazani na śmierć byli rozstrzeliwani bez sądu w odludnych miejscach w pobliżu Bydgoszczy, takich jak np. Las Gdański, lasy pod Tryszczynem, Borównem i Otorowem, czy przede wszystkim – fordońska „Dolina Śmierci”. O wyborze miejsc egzekucji decydował takie czynniki jak: łatwość dojazdu, niewielka odległość od miasta oraz ukształtowanie terenu[61]. Mordów dokonywali zazwyczaj członkowie Selbstschutzu[28]. W skład plutonów egzekucyjnych wchodzili wyłącznie ochotnicy[n]. Wiele spośród ofiar figurowało w tzw. Sonderfahndungsbuch Polen – spisie osób przeznaczonych do stracenia, przygotowanym jeszcze przed wojną przez centralne ośrodki kierownicze III Rzeszy. Ogólny nadzór nad przebiegiem akcji eksterminacyjnej sprawował rezydujący w Bydgoszczy dowódca pomorskiego Selbstschutzu, SS-Oberführer Ludolf von Alvensleben[33].
Ponadto działania Selbstschutzu i Einsatzgruppen wspierał Werner Kampe, kierownik powiatowej organizacji NSDAP i nadburmistrz Bydgoszczy. Julis Hoppenrath, nadprezydent gdańskiej administracji skarbowej, napisał w 1955, że: „na tym polu szczególnie aktywny był ówczesny kierownik powiatowej instancji partyjnej Kampe. Polska inteligencja przypłaciła życiem jego działalność”[6]. Kreisleiter kilkukrotnie zlecał bydgoskiemu Gestapo likwidację całych rodzin, uznanych z różnych względów za szczególnie „niebezpieczne”[62]. Kampe i jego ludzie bez skrupułów okradali również mieszkania aresztowanych lub wypędzonych Polaków[63], bądź zajmowali je na własny użytek. Nieraz zdarzało się, że gdy prawowici właściciele próbowali odzyskać swoją własność, Kampe zwracał się do Gestapo z poleceniem ich likwidacji[64].
Przebiegiem rozprawy z ludnością Bydgoszczy interesowali się żywo wysocy rangą oficjele III Rzeszy. 20 września 1939 Bydgoszcz wizytował sam Reichsführer-SS, Heinrich Himmler. W trakcie swego pobytu w mieście przysłuchiwał się „wzorcowemu procesowi przed sądem doraźnym”, a później uczestniczył w egzekucji przeprowadzonej 10 kilometrów od Bydgoszczy, którą osobiście kierował dowódca bydgoskiego Selbstschutzu, SS-Sturmbannführer Josef Meier (zwany „krwawym Meierem” lub „Słoniem-Meierem”)[65]. Z kolei Albert Forster, gauleiter i namiestnik Rzeszy w Okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, wizytował osobiście bydgoski Internierungslager[66]. Wspomniany Hoppenrath pisał, iż: „do akcji odwetowych, jakie przedsięwzięto, przyczynił się swoimi przemówieniami także Forster, zwłaszcza w Bydgoszczy (...) Ówczesne antypolskie posunięcia (…) Kampego, były gauleiterowi co najmniej znane, o ile wręcz nie sugerowane i akceptowane przez niego”[6]. Obóz wizytowali także Robert Ley – szef Niemieckiego Frontu Pracy oraz Wilhelm Frick, minister spraw wewnętrznych Rzeszy.
Początkowo masowe egzekucje były przeprowadzane przez Niemców w lasach pod Tryszczynem na północ od Bydgoszczy[10]. Na przełomie września i października 1939 w rowach strzeleckich nad rzeką Brdą rozstrzelano około 900 osób. Trzy, a nawet cztery razy dziennie na miejsce straceń samochodami ciężarowymi przywożono z Bydgoszczy kolejne partie skazańców, liczące zwykle po pięćdziesiąt, siedemdziesiąt osób. Ofiarom kazano wchodzić do okopów i kłaść się na ziemi, w rzędach po pięć, sześć osób, po czym mordowano strzałami w tył głowy. Po ostatniej egzekucji oprawcy zorganizowali w pobliskiej leśniczówce libację, którą nazwali „zabawą zabójców drogowych”[67].
Wśród ofiar znajdowała się między innymi większość spośród 370 Żydów więzionych w koszarach 15 PAL (pochodzących głównie z Dobrzynia nad Drwęcą), około 70 polskich harcerek i harcerzy jak również kobiety, starcy i 12-letnie dzieci. Odnalezione w grobach łuski i pociski pochodzące z broni produkcji francuskiej wskazują, iż mordów dokonywali członkowie bydgoskiego Selbstschutzu (Selbstschutzmani zazwyczaj posługiwali się zdobyczną bronią)[68].
Zachował się opis jednej z egzekucji, przeprowadzonej w pierwszych dniach października 1939 r. Około 100 więźniów (Polaków i Żydów) z obozu w koszarach 15 PAL przewieziono do lasów tryszczyńskich dwiema ciężarówkami. Ostatnią podróż więźniowie musieli odbyć w pozycji leżącej, aby nie dostrzegła ich miejscowa ludność. Grupkami po 15 osób prowadzono ich następnie nad rowy strzeleckie i tam rozstrzeliwano[o].
Z powodu przepełnienia ciałami masowych grobów przygotowanych w Tryszczynie i Borównie, Niemcy zaczęli poszukiwać nowego miejsca, w którym mogliby przeprowadzać zbiorowe egzekucje[69]. Ich wybór padł na dolinę znajdującą się w odległości około 12 kilometrów na północny wschód od Bydgoszczy, położoną w pobliżu Fordonu, obecnie dzielnicy Bydgoszczy, stanowiącej podówczas samodzielne miasto. Miejsce to wybrano przede wszystkim ze względu na jego oddalenie od siedzib ludzkich. Owa wąska i kręta dolina, leżąca pomiędzy drugim a trzecim wzniesieniem Wzgórz Miedzyńskich[p] zyskała sobie odtąd miano „Doliny Śmierci”. Na początku października 1939, jeszcze przed rozpoczęciem masowych egzekucji, przybył tam oddział niemieckiego Arbeitsdienstu (Służby Pracy), który przystąpił do kopania długich, głębokich na 2,5 m rowów. Roboty trwały kilka dni[70].
Pierwszą egzekucję mieszkańców Bydgoszczy przeprowadzono w „Dolinie Śmierci” w dniu 10 października 1939, a kolejne trwały do 11 listopada[71], a według niektórych źródeł aż do 26 listopada 1939[72]. Ofiary przywożono na miejsce straceń samochodami ciężarowymi – najczęściej z miejsc uwięzienia, takich jak bydgoski Internierungslager. Po odebraniu wierzchniej odzieży i kosztowności, skazańców zabijano strzałami w tył głowy lub (rzadziej) ogniem broni maszynowej. Rannych dobijano strzałami z broni krótkiej, kolbami karabinów, a czasem po prostu zasypywano żywcem[73]. W skład plutonów egzekucyjnych wchodzili przede wszystkim członkowie Selbstschutzu z Bydgoszczy (kierowani przez SS-Sturmbannführerów: Spaarmanna i Meiera) i Fordonu (tymi ostatnimi dowodził Fryderyk Walther Gassmann) oraz SS-mani z bydgoskiej ekspozytury Einsatzkommando 16.
Historycy nie są w stanie ustalić, ilu Polaków i Żydów zostało zamordowanych w „Dolinie Śmierci”, co wynika w dużej mierze z faktu, iż nie odnaleziono żadnych udokumentowanych źródeł zbrodni fordońskiej[q]. W zależności od źródeł padają więc liczby 2000[74] – 3000 ofiar[75]. Podczas ekshumacji przeprowadzonej 1947 wydobyto szczątki 306 ciał. Ocenia się jednak, że w „Dolinie Śmierci” wciąż spoczywa w nie odkrytych miejscach od 900[76] do 1600 zwłok[77]. Najbardziej prawdopodobna liczba ofiar zbrodni fordońskiej wynosi więc od 1200 do 1400 Polaków i Żydów.
Ocenia się, że w wyniku egzekucji przeprowadzanych w „Dolinie Śmierci” zginęło 48% nauczycieli bydgoskich szkół średnich, około 33% duchownych, 15% nauczycieli szkół powszechnych i prawie 14% lekarzy oraz prawników[78]. 11 listopada 1939 zginął tam również przedwojenny prezydent Bydgoszczy, Leon Barciszewski[r] oraz jego syn[79]. Fordońska „Dolina Śmierci” jest największą zbiorową mogiłą na terenie Bydgoszczy, a zarazem stanowi symbol martyrologii mieszkańców miasta[72].
Potajemne egzekucje mieszkańców Bydgoszczy były przeprowadzane przez okupantów również w innych odludnych miejscach w pobliżu miasta:
Niemal natychmiast po rozpoczęciu okupacji Bydgoszczy władze niemieckie podjęły szereg działań, mających na celu całkowitą germanizację miasta oraz uzmysłowienie Polakom, iż stanowić będą odtąd niższą warstwę społeczną – podporządkowaną Niemcom i przeznaczoną wyłącznie do wykonywania prac fizycznych. Spiritus movens tych działań był zwłaszcza kreisleiter Kampe, który podczas wiecu dla volksdeutschów w dniu 1 października 1939 publicznie zwrócił się do bydgoskich Niemców słowami „my jesteśmy do rozkazywania, a Polacy do słuchania” oraz zapowiedział, iż wszelkie próby oporu ze strony Polaków będą tłumione w zarodku. W podobnym duchu wypowiadał się gauleiter Forster podczas wiecu w dniu 11 października, który po raz pierwszy zapowiedział wówczas masowe wysiedlenia Polaków[83].
Już 14 września 1939 Kampe zorganizował w Bydgoszczy pierwszą rejestrację volksdeutschów. Kolejny spis, o wiele bardziej wnikliwy, przeprowadzono w listopadzie[84]. W tym samym czasie bydgoski Arbeitsamt (pol. Urząd Pracy) rozpoczął rejestrację osób zdolnych do pracy, przy okazji której sporządzono listy „napływowych Polaków”[85]. Owe rejestracje były wstępem do masowych wypędzeń Polaków[86]. Celem Niemców, było bowiem zidentyfikowanie Polaków pochodzących z Galicji lub dawnej Kongresówki, którzy osiedlili się w Bydgoszczy po 1918. Ludzie ci byli w pierwszym rzędzie (obok Żydów i rodzin ofiar Intelligenzaktion) przeznaczeni do wysiedlenia. Początkowo „Kongresowiaków” starano się skłaniać do opuszczenia miasta za pomocą perswazji lub pośrednich szykan (np. zakaz korzystania z różnych placówek zdrowotnych i socjalnych). Uchodźcom, którzy po zakończeniu działań wojennych próbowali powrócić do Bydgoszczy, a nie mogli się wylegitymować czysto bydgoskimi korzeniami, nie pozwalano wracać do swych domów. Później rozpoczęły się przymusowe wysiedlenia. Pierwszy transport wypędzonych „Kongresowiaków”, liczący 476 osób, skierowano do Generalnego Gubernatorstwa 27 października[85]. Kolejnych 550 bydgoszczan wywieziono do centralnej Polski 4 listopada[87]. Majątek wypędzonych Polaków konfiskowano i oddawano do dyspozycji tzw. Placówce Odszkodowawczej Bydgoszcz (Entschädigungsstelle Bromberg), którą zorganizował Kampe. Zadaniem placówki była wypłata odszkodowań dla volksdeutschów, którzy zostali rzekomo pokrzywdzeni przez Polaków – zwłaszcza podczas wydarzeń „krwawej niedzieli”. W praktyce dochodziło przy tym do tylu nadużyć, że sprawą zainteresowała się niemiecka prokuratura, a gauleiter Forster był zmuszony pozbawić Kampego funkcji nadburmistrza Bydgoszczy i przenieść go do Gdańska (luty 1941)[84].
Ponadto podejmowane były inne działania, których celem było nadanie Bydgoszczy czysto niemieckiego charakteru. 11 września 1939 zakazano właścicielom sklepów, restauracji i zakładów rzemieślniczych pozostawiania na widoku publicznym napisów w języku polskim, grożąc w przeciwnym wypadku grzywną w wysokości 1000 RM[86]. Kampe podjął próbę zniemczenia i całkowitej przebudowy dzielnicy śródmiejskiej, do czego wstępem były przeprowadzone jeszcze w 1939 konfiskaty zlokalizowanych tam polskich sklepów i restauracji[88]. W całym mieście Niemcy przejmowali także należące do Polaków apteki i gabinety lekarskie[89]. W grudniu 1939 zburzono bydgoską synagogę przy ulicy Jana Kazimierza. Niszczono także polskie pomniki[86]. Między innymi, 26 września Niemcy usunęli pomnik Henryka Sienkiewicza z parku Kochanowskiego oraz grobowiec Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego z ulicy Bernardyńskiej[90].
Na bydgoskich Polaków spadła też fala pomniejszych szykan. W październiku 1939 wprowadzono w sklepach i urzędach nakaz obsługiwania Niemców w pierwszej kolejności, zakazano też formowania kolejek przed sklepami (co dotyczyło de facto tylko Polaków). W tym samym miesiącu Polakom nakazano usunięcie z domu anten radiowych[86]. Objęto ich również, zwłaszcza bezrobotnych inteligentów, przymusem pracy. W końcu października 1939, w barakach przy ulicy Dwernickiego, Kampe zorganizował wychowawczy obóz pracy dla polskiej młodzieży[85]. W nieco lepszej sytuacji znaleźli się jedynie Polacy urodzeni jeszcze w granicach Cesarstwa Niemieckiego. Umożliwiano im m.in. wstąpienie do Niemieckiego Frontu Pracy, a ich dzieciom – naukę w szkołach podstawowych[91].
Od końca listopada 1939 Niemcy nie organizowali już masowych egzekucji mieszkańców Bydgoszczy, ograniczając się do eksterminacji pośredniej, w której wiodąca rola przypadła policji i wymiarowi sprawiedliwości. Cel nazistów, którym była likwidacja „polskiej warstwy przywódczej” i pacyfikacja miasta, został zasadniczo rzecz biorąc osiągnięty. W raporcie sytuacyjnym z 17 listopada 1939, radca kryminalny Lölgen meldował, iż: „w Bydgoszczy nie ma już inteligencji polskiej, która mogłaby działać aktywnie”[6][92]. Miesiąc później władze niemieckie ogłosiły, iż Bydgoszcz jest już miastem „wolnym od Żydów” (niem. Judenfrei)[93].
Wiele kontrowersji budzi do dziś liczba ofiar niemieckich represji wobec ludności Bydgoszczy. W 1945 Józef Kołodziejczyk ocenił liczbę bydgoskich ofiar II wojny światowej na 36 350 osób – a więc blisko jedną czwartą przedwojennej populacji miasta. Liczba ta została przyjęta przez peerelowską historiografię jako obowiązująca i na dziesięciolecia zakorzeniła się w świadomości społecznej[94]. Obecnie jest już wiadomym, iż szacunki Kołodziejczyka były znacznie zawyżone. Autorzy wydanej w 2004 „Historii Bydgoszczy” oceniają, iż w latach 1939–1945 zginęło ok. 10 000 mieszkańców Bydgoszczy, reprezentujących wszystkie zamieszkujące miasto narodowości (7% przedwojennej populacji)[8]. Liczbę bydgoszczan pochodzenia polskiego, którzy w ciągu 5 lat wojny ponieśli śmierć na skutek prowadzonej przez okupantów niemieckich eksterminacji pośredniej i bezpośredniej, oceniają na ok. 5300[95].
Problemem jest również precyzyjne ustalenie liczby ofiar zamordowanych podczas pierwszych czterech miesięcy okupacji. W niemieckich dokumentach oficjalnych z 1939 oceniono liczbę „zlikwidowanych” Polaków i Żydów na około 900 (w tym 100 skazanych na śmierć przez Sondergericht Bromberg), nie uwzględniając jednak w tych zestawieniach ofiar potajemnych egzekucji w Tryszczynie, „Dolinie Śmierci” i innych miejscach[96]. Dieter Schenk opierając się na ustaleniach Centrali Badań Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu ocenia, że w wyniku „akcji antyinteligenckiej” zamordowano do końca 1939 blisko 5000 mieszkańców Bydgoszczy i powiatu bydgoskiego[1]. Wiele ofiar pochodzących z terenów poza samą Bydgoszczą – jak chociażby wspomniani Żydzi z Dobrzynia nad Drwęcą – zostało zamordowanych w Tryszczynie, „Dolinie Śmierci” lub Otorowie. Trudności nastręcza obliczenie liczby ofiar pochodzących z samej Bydgoszczy. Autorzy „Historii Bydgoszczy” oceniają liczbę obywateli miasta zamordowanych w 1939 na około 1500[2] – 1900[3]. Wiesław Trzeciakowski w swej pracy pt. „Listy imienne ofiar w Bydgoszczy 1939-1945” (Bydgoszcz 2010) zdołał ustalić nazwiska 900 zamordowanych. Należy jednak pamiętać, że ze względu na prowadzoną przez Niemców akcję zacierania śladów zbrodni oraz w związku z faktem, iż powojenne ekshumacje były przeprowadzane niestarannie i w pośpiechu (m.in. prace ekshumacyjne w „Dolinie Śmierci” zostały niespodziewanie przerwane przez Urząd Bezpieczeństwa[77]) liczby te muszą być traktowane jako szacunkowe[95].
Po zakończeniu działań wojennych polskie władze przystąpiły do badania śladów zbrodni hitlerowskich, popełnionych w Bydgoszczy i okolicznych miejscowościach. W dniach od 28 kwietnia do 2 maja 1947 przeprowadzono ekshumację w „Dolinie Śmierci”. W jej trakcie wydobyto szczątki 306 zwłok, spośród których rozpoznano tylko 39 ciał (trudność identyfikacji polegała na tym, że osoby przed egzekucją zostały pozbawione wszystkich osobistych przedmiotów)[77]. Odnalezione zwłoki uroczyście pochowano na Cmentarzu Bohaterów Bydgoszczy na Wzgórzu Wolności[76]. We wrześniu tego samego roku ekshumowano też ciała 84 ofiar zamordowanych w Lesie Gdańskim[80].
4 maja 1948 na Starym Rynku w Bydgoszczy wystawiono 128 trumien, zawierających ekshumowane szczątki 693 osób zamordowanych przez Niemców w Tryszczynie. Następnie trumny uroczyście przetransportowano i pochowano na Cmentarzu Bohaterów na Wzgórzu Wolności. Był to ostatni wielki pogrzeb ofiar hitlerowskiej okupacji miasta[97].
Po zakończeniu II wojny światowej przystąpiono również do upamiętnienia ofiar niemieckich mordów. 5 września 1969 w Bydgoszczy odsłonięty został Pomnik Walki i Męczeństwa. Inskrypcja na jednej z jego tablic brzmi: „Pomnikiem Walki i Męczeństwa uczczono pamięć obywateli polskich z Kujaw, Pomorza i Ziemi Chełmińskiej, poległych i zamordowanych w czasie II Wojny Światowej w latach 1939–1945”[98]. Z kolei 31 sierpnia 1975, na wzgórzu nad „Doliną Śmierci” odsłonięto pomnik poświęcony zamordowanym w tym miejscu mieszkańcom Bydgoszczy. Pomnik jest otoczony licznymi tablicami z nazwiskami osób, które straciły tam życie. Widnieje też na nim inskrypcja: „Fordońska Dolina śmierci. Miejsce straceń 1200 obywateli polskich. 12 października – 11 listopada 1939”[69]. Pomnik wraz z doliną stanowi kompleks martyrologiczny, w który wkomponowano alejki, rzeźby, symboliczne groby i tablice pamiątkowe. Odbywają się tam coroczne uroczystości patriotyczne i religijne, apele poległych, Drogi Krzyżowe, procesje oraz misteria Męki Pańskiej.
Po wizycie papieża Jana Pawła II w Bydgoszczy (1999) i jego apelu o „upamiętnienie męczenników naszych czasów”, powstał pomysł budowy w „Dolinie Śmierci” stacji „Drogi Krzyżowej – Golgoty XX wieku”. Pierwszą stację poświęcono w 2004, ostatnia została ukończona w 2009. Uwieńczeniem starań o wyeksponowanie tego miejsca, było podniesienie 7 października 2008 przez ordynariusza diecezji bydgoskiej biskupa Jana Tyrawę pobliskiego kościoła wraz z Drogą Krzyżową do godności Sanktuarium Królowej Męczenników, Kalwarii Bydgoskiej – Golgoty XX wieku.
Większość sprawców zbrodni popełnionych na ludności Bydgoszczy uniknęła po wojnie odpowiedzialności karnej. Przed polskimi sądami stanęło jedynie kilku zbrodniarzy. Albert Forster, gauleiter NSDAP i namiestnik Rzeszy w Okręgu Gdańsk – Prusy Zachodnie, został w 1948 skazany przez Trybunał Narodowy w Gdańsku na karę śmierci za zbrodnie popełnione na Pomorzu w latach 1939–1945. Wyrok wykonano 28 lutego 1952 w więzieniu mokotowskim. Richard Hildebrandt, wyższy dowódca SS i policji w okręgu Gdańsk-Prusy Zachodnie, został przez sąd polski w Bydgoszczy skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 10 marca 1951. W tym samym procesie, na karę śmierci skazany został SS-Brigadeführer Max Henze, który od 12 października 1939 pełnił funkcję prezydenta policji w Bydgoszczy. Powieszono go w tym samym dniu co Hildebrandta. Przed polskim wymiarem sprawiedliwości stanął również Eryk Pollatz, aktywny członek Selbstschutzu, odpowiedzialny m.in. za wymordowanie fordońskich Żydów. Orzeczeniem Specjalnego Sądu Karnego z dnia 4 lipca 1947 Pollatz skazany został na karę śmierci. Wyrok wykonano[72].
Przywódca pomorskiego Selbstschutzu, Ludolf von Alvensleben, po zakończeniu wojny zbiegł do Argentyny. Ponadto jak twierdzi Dieter Schenk, zachodnioniemiecki wymiar sprawiedliwości świadomie i z własnej woli przyzwolił na uniknięcie kary przez wielu zbrodniarzy[99]. Dla przykładu: w 1949 sąd w Hamburgu nie wydał zgody na ekstradycję generała Walthera Braemera do Polski, dzięki czemu nieniepokojony przez wymiar sprawiedliwości mógł on cieszyć się wolnością do swej śmierci w 1955[100]. Postępowanie przeciwko dowódcom bydgoskiego Selbstschutzu Erichowi Spaarmannowi (szefowi inspektoratu) i Josefowi Meierowi (dowódcy struktur powiatowych zwanemu „krwawym Meierem”) umorzono w maju 1963[101]. W 1965 prokuratura w Monachium wnioskowała o zaprzestanie ścigania byłego kierownika powiatowej organizacji NSDAP i nadburmistrza Bydgoszczy, Wernera Kampego, dzięki czemu mógł on nadal prowadzić działność gospodarczą jako przedstawiciel towarzystwa ubezpieczeniowego. „Z powodu braku dowodów winy” umorzono także postępowanie przeciwko dowódcom Einsatzgruppe IV – Lotharowi Beutelowi i Helmutowi Bischoffowi[102]. Dr Rudolf Oebsger-Röder z bydgoskiego SD pełnił po wojnie funkcję szefa rezydentury zachodnioniemieckiego wywiadu w Dżakarcie oraz pracował jako rzecznik domu i dworu indonezyjskiego dyktatora Suharto[103].
W 1966 przed sądem w Monachium stanęli Jakob Lölgen i jego zastępca, Horst Eichler. Akt oskarżenia zarzucał im spowodowanie w akcjach eksterminacyjnych w Bydgoszczy śmierci w sposób podstępny i z niskich pobudek 349 osób, w tym 74 nauczycieli, 3 lekarzy i prezydenta miasta Leona Barciszewskiego. Obaj oskarżeni zostali uniewinnieni przez sąd przysięgłych, który stwierdził, że działali pod przymusem przełożonych[103].
Upamiętnienie:
Oprawcy:
Inne: