Tworzenie książki (wyłącz)
 Dodaj tę stronę do książki Pokaż książkę (0 stron) Proponowane strony

Pożar Krakowa w 1850 roku

Z Wikipedii, wolnej encyklopedii
Skocz do: nawigacji, szukaj
Plan przedstawiający zasięg pożaru Krakowa w 1850 roku.
Litografia wykonana w Genewie na rzecz pogorzelców[1].

Pożar Krakowa w 1850 roku był jednym z najtragiczniejszych wydarzeń, jakie dotknęło miasto w XIX stuleciu.

Rozpoczął się 18 lipca 1850 roku i ogarnął znaczną część centrum oraz ówczesnych przedmieść. Spaleniu uległa prawie cała zabudowa południowej pierzei Małego Rynku, południowa i połowa wschodniej pierzei Rynku Głównego oraz budynki przy ulicach: Krupniczej, Gołębiej, Wiślnej, Franciszkańskiej, Dominikańskiej, Brackiej, Grodzkiej (do przecięcia z Poselską), Stolarskiej, Wielopole i Starowiślnej.
W ciągu następnych dni na całym tym obszarze pojawiały się kolejne ogniska płomieni, który jednak były szybko gaszone. Jedynie 26 lipca wybuchł nowy pożar na terenie dzielnicy Kleparz, lecz nie rozwinął się na większą skalę[2].

Pożar przyniósł ogromne straty materialne, spłonęło wiele mieszkań, sklepów i magazynów, wraz z którymi przepadły majątki całych rodzin. Zniszczeniu uległo około 160 kamienic i domów, Pałac Biskupi i pałac Wielopolskich, klasztory Dominikanów, Franciszkanów i Bernardynek, jak również kościoły: św. Franciszka z Asyżu, Świętej Trójcy, św. Norberta i (częściowo) św. Józefa. Oprócz zabytkowego wyposażenia wnętrz tych świątyń utracono też cenne kolekcje dzieł sztuki i księgozbiory, zgromadzone w domach prywatnych. W zbiedniałym Krakowie zbieranie środków na pomoc pogorzelcom, jak i likwidacja skutków pożaru, okazało się zajęciem długotrwałym. Odbudowa spalonej części miasta zakończyła się po piętnastu latach, a w przypadku kościołów Franciszkanów i Dominikanów dużo później, odpowiednio w 1884 i 1912 roku[3].

Pożar z 1850 roku, uznawany za największy w dziejach Krakowa, był zarazem ostatnim, który dotknął tak znaczy obszar miasta. Wszelkie późniejsze pożogi trawiły już tylko pojedyncze budynki[4].

Spis treści

[edytuj] Przebieg pożaru

[edytuj] 18 VII: pożar przedmieść

Około południa, w czwartek 18 lipca[5], zapaliły się tzw. Dolne Młyny nad Młynówką Królewską przy końcu Krupniczej[6].

Jak wykazało późniejsze śledztwo, pożar rozpoczął się przypadkowo, a jego nieumyślnymi sprawcami byli młynarczyk Piotr Fic i Jan Trójka, terminator u kowala Ignaszewskiego. Tego dnia pracowali nad dopasowaniem żelaznej obręczy na wał koła młyńskiego, którą w tym celu musieli rozgrzać. Jednak od zapalonego w izbie czeladnej ognia zajęły się cewie, drewniane kliny do kół młyńskich, suszone w kominie. Pożaru nie udało się ugasić i młyn stanął w płomieniach[7].

Silny wiatr wkrótce rozniósł ogień na sąsiednie budynki przy Krupniczej oraz kilka położonych po drugiej stronie Młynówki. Na miejscu szybko pojawiła się straż pożarna oraz liczni mieszkańcy, którzy próbowali ugasić ogień lub przynajmniej uniemożliwić dalsze rozszerzanie się pożogi. W tym celu zaczęto zrywać dachy kolejnych budynków. Żywioł był jednak szybszy i w ciągu półgodziny spłonęło dziewięć drewnianych domów stojących w tym miejscu[8].

[edytuj] 18 VII: ogień w centrum

Zupełnie niespodziewanie pożar z przedmieścia przeniósł się do centrum. Bardzo silny wiatr zaczął przerzucać zarzewia ponad okolicznymi ogrodami, jak i Plantami. Poza iskrami niósł płonące gonty i resztki rupieci nagromadzonych na strychach, tlące się ziarno z młyna oraz przepalone orzechy włoskie[9]. Właśnie te ostatnie, wedle jednej z ówczesnych relacji, znacznie przyczyniły się do rozprzestrzenienia się pożaru:

Quote-alpha.png
Włoski orzech bowiem po spaleniu się zachowuje swoją zwykłą sklepistość, łupina jego zamieniona zostaje w najdoskonalszy węgiel drzewny, a podsycana palącą się wewnątrz tłustością owocu, długo bardzo jest tlejącym się zarzewiem, po wytopieniu się owocu wewnątrz zostaje tam próżnia, która tej zwęglonej łupinie nadzwyczajną nadaje lekkość i ulotność[10].

Początkowo też niewiele osób, z racji słonecznej pogody, zdawało sobie sprawę z zagrożenia:

Quote-alpha.png
W czasie jasnego dnia postrzec nawet nie można było, jak iskry i palące się głownie, wiatrem uniesione, przez kilka domów przelatywały i opodal leżące domy zapalały[11].
Pałac Biskupi, doszczętnie spalony podczas pożaru, ostatecznie odbudowany dopiero trzydzieści lat później.

Zabudowa centrum miasta okazała się równie podatna na ogień, co domostwa na Krupniczej. Było to efektem kilku czynników. Przede wszystkim, prawie wszystkie budynki, nawet Sukiennice, były kryte gontem. Materiał ten okazał się bardziej łatwopalny niż zwykle, bowiem przez dwa miesiące poprzedzające lipiec 1850 roku, w Krakowie nie spadła ani kropla deszczu. Wysuszony, spękany gont stał się dogodną pożywką dla ognia. Silny wiatr z łatwością przerzucał iskry i płonące resztki dachów na kolejne budynki. Oprócz tego większość kamienic miała jeszcze drewniane poddasza czy też inne elementy wyposażenia, wykonane z tego materiału, np. ganki, werandy, schody. Ponadto wielu mieszkańców na strychach swoich domów trzymało łatwopalne przedmioty, najróżniejsze rupiecie, szmaty, papiery czy stare sprzęty, lekceważąc w ten sposób przepisy antypożarowe z czasów Wolnego Miasta, które zabraniały gromadzenia tego rodzaju rzeczy. Na dodatek, wśród murowanych kamienic centrum stało jeszcze wiele drewnianych budynków, takich jak szopy, wozownie, składy, stajnie i kramy handlowe. Wszystko to doprowadziło do tego, iż ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, a pożar przybrał wielkie rozmiary[12].

Jako pierwszy zapalił się gontowy dach kamienicy, usytuowany u zbiegu Gołębiej i Plant, należącej do Emilii Bartynowskiej. Podjęta przez straż, ochotników i oddziały wojska akcja gaszenie zakończyła się niepowodzeniem. Ogień szybko przeniósł się na sąsiednie zabudowania, niesiony dalej silnym wiatrem. Kolejno w płomieniach stawały Drukarnia Uniwersytecka, kościół św. Norberta, zabudowania przy Wiślnej i Instytut Techniczny. Gdy pożar ogarnął wysoką kamienicę Pod Zającem kolejne snopy iskier poleciały na sąsiednie dachy. W wielkim niebezpieczeństwie znalazło się Collegium Maius, ówczesna siedziba Biblioteki Jagiellońskiej. Ogień zaczął pojawiać się na dachu tego zabytkowego gmachu, lecz udało się go ocalić, wraz z bezcennym księgozbiorem. W akcję ratowania biblioteki zaangażowało się około stu pięćdziesięciu studentów, wraz z profesorami Józefem Muczkowskim, Stefanem Kuczyńskim i Wincentym Polem. Udało im się zagasić ogień, a z sąsiednich budynków pozrzucać dachy, by uniemożliwić przedostawanie się płomieni na Collegium Maius[13].

Ogień niezwykle szybko przeniósł się z ulicy Wiślnej na kolejne budynki. W ciągu około pół godziny ogarnął południową pierzeję Rynku Głównego, ulicę Bracką i Pałac Biskupi. Stojące naprzeciw, drewniane wozownie jeszcze szybciej stanęły w płomieniach, a od nich zajął się kościół Franciszkanów oraz pałac Wielopolskich. Następnie pożar objął budynki przy Grodzkiej i Stolarskiej oraz wschodnią pierzeję Rynku. Dalej szerzył się na ulicę Szeroką i w końcu ogarnął kościół Świętej Trójcy wraz z klasztorem Dominikanów. Wiatr pchnął płomienie jeszcze dalej, ponad Plantami, gdzie strawiły zabudowę przy ulicy Polnej, niszcząc wszystko aż po koryto Starej Wisły. Pod wieczór pożar zaczął słabnąć i ostatecznie ogień w centrum zatrzymał się na wysokości południowej pierzei Małego Rynku i ulicy św. Józefa, obejmując kościół oraz klasztor Bernardynek. W dużym niebezpieczeństwie były nadal Sukiennice, gdzie zgromadzono liczne towary, w tym zapasy łatwopalnego spirytusu. Aby zapobiec przeniesieniu ognia, pospiesznie zrzucono dach z budynku[14].

Kamienica Pod Obrazem, jeden z dwóch budynków w południowej pierzei Rynku Głównego, który nie został strawiony przez ogień.

W centrum, na linii wiatru, nietknięte przetrwały nieliczne budynki. Ich ocalenie właściciele i mieszkańcy zawdzięczali skutecznie prowadzonej walce z płomieniami, lecz przede wszystkim nowoczesnym dachom, wykonanym z dachówki lub blachy. Dzięki temu ogień nie strawił kamienicy Wentzla i pałacu Jabłonowskich, jako jedynych budynków w całej południowej pierzei Rynku Głównego[15]. Podobnie na Wiślnej ocalał

Quote-alpha.png
(...) dom obywatela Lierhamera (...) blachą był pokryty, a na nim niezmiernie mnóstwo niedopalonych gontów z innych domów wiatrem naniesionych znaleziono, i gdyby inne domy podobnież były pokryte, równie by ocalały[16].

Jednak w przypadku kościołów odpowiednie pokrycie dachów, okazało się niewystarczające. Ogień bowiem wdarł się do świątyń przez okna, w których od żaru popękały szyby i szybko zajął wnętrza, pełne drewnianych ołtarzy, stall i ławek. Nie brakło też głosów, kierowanych przeciw dominikanom, oskarżających zakonników o zaprzepaszczenie szans na uratowanie kościoła Świętej Trójcy, ze względu na brak karności i niedbalstwo w walce z ogniem[17].

Tragiczny dla miasta dzień można podsumować słowami Ambrożego Grabowskiego:

Quote-alpha.png
Ten dzień 18 lipca był prawie dniem sądu Bożego. Dym i płomienie osiadały nad całym miastem i zasłoniły przed wzrokiem całe niebo... Wicher szalał, niosąc palące się głownie, gonty, iskry i zasypując nimi dachy domów... i rozrzucając to zarzewie aż na pola od miasta odległe... Trzask palących się gontów, huk upadających dachów... płacz, krzyk, lament ludzi unoszących w popłochu co kto mógł w nagłości z rzeczy swych pochwycić... wołanie ludzi ratujących: wody!... wody!... było to tak okropne, że przechodzi możliwość opowiedzenia lub opisania... i nie wyobrazi sobie tego nikt, kto naocznym nieszczęścia tego nie był świadkiem[18].

[edytuj] 18 VII: działania mieszkańców

Jak się okazało, w obliczu tak wielkiego pożaru, rozwijającego się niezwykle szybko, mieszkańcy miasta byli bezsilni. Obowiązek walki z ogniem spoczywał praktycznie tylko na ich barkach, bowiem straż pożarna była nieliczna, w gruncie rzeczy nie miała też stałego charakteru. Miasto zatrudniało zaledwie czterech szprycmagistrów, którzy czuwali nad sikawkami. Słabo opłacani, służbę pełnili na zmiany, przez całą dobę. W razie pożaru pomagali im pompiarze i tak zwana „kolumna ogniowa”. W jej skład wchodzili czeladnicy z cechów cieśli, kamieniarzy i murarzy, którzy zobowiązani byli przez trzy lata stale uczestniczyć w ćwiczeniach oraz akcjach gaszenia ognia (w 1838 roku wyposażono ich w blaszane hełmy i kurty z czarnego drelichu). Aby wzmocnić ten zastęp do pełnienia służby pomocniczej zobowiązani byli wszyscy mieszkańcy. Alarmował ich stróż z wieży Mariackiej, uderzeniem w dzwon i wywieszeniem w kierunku ognia czerwonej chorągwi za dnia lub czerwonej latarni nocą, Po tym sygnale na miejsce pożaru, w razie możliwości, mieszkańcy mieli śpieszyć osobiście lub wysyłać kogoś ze swojej służby, z własnym wyposażeniem, takim jak drabiny, wiadra siekiery czy osęki. Piwowarów obarczono koniecznością dostarczania wody we własnych beczkach, a fiakrzy musieli oddawać konie do dyspozycji gaszących ogień. Wśród wielu osób te obowiązki budziły niechęć, więc nie brakowało przypadków unikania udziału w walce z pożarem. Największym jednak mankamentem całego systemu było oparcie go na słabo przeszkolonych ludziach i starym, nielicznym sprzęcie[19].

Zatem 18 lipca ogień próbowano ugasić zaledwie trzema sikawkami, które jednak nie sięgały dachów większości kamienic. Rozprzestrzenianiu się pożogi próbowano więc zapobiec lejąc wodę zwykłymi wiadrami, dachy budynków zrywano osękami, siekierami czy w końcu gołymi rękami. Z braku wodociągów i kiepskiego stanu studni miejskich, w większości zupełnie zaniedbanych, niezbędną do gaszenia wodę czerpano z Rudawy lub Wisły. Dostarczano ją na miejsce pożaru w konewkach lub beczkach, na wozach, co jednak trwało zbyt długo. Wkrótce zatem zdano sobie sprawę, iż nie ma mowy o ugaszeniu ognia. Starano się tylko nie dopuścić do zajęcia się ogniem innych części miasta, tutaj jednak prawie wszystko zależało od wiatru. Na szczęście nie zmienił kierunku i nie skierował płomieni na resztę Krakowa[20]. Jak stwierdził Fryderyk Hechel:

Quote-alpha.png
Gdyby w czasie palenia się wiatr na inną stronę miasta skierował się, całe miasto poszłoby w perzynę[21].

Większość mieszkańców skupiła się na ratowaniu życia i mienia z zabudowań, które kolejno stawały się pastwą pożaru. Ludzie z dobytkiem chronili się u swoich krewnych, który domy ocalały lub też koczowali na Plantach. Wśród tego rozgardiaszu, przez Rynek Główny przeszła procesja z Najświętszym Sakramentem, prowadzona przez księdza Żłowodzkiego z kościoła Mariackiego[22]. Krakowski „Czas” tak to opisał:

Quote-alpha.png
Widok to był nie do opisania! Tam mieszkańcy wyrywający z pośród płomieni, co jeszcze ratować się dało; dalej wojsko całe pod bronią; tu lud korzący się przed Bogiem Zastępów i o miłosierdzie nad resztą biednego miasta błagający![23].

Dramatyczne obrazy losów mieszkańców podczas pożaru zawarto również na kartach dzienników i wspomnień:

Quote-alpha.png
Wchodzę na dach. Noszę sam wodę (...). W domu rejwach, dwie pensje pakują się, płacz, krzyk, zrzucają z góry kufry, po schodach nie można ani wejść ani zejść (...) Ogień się zbliża. Ogromne kłęby czarne i płomienie widać zbliżające się. Dom po domu się zajmuje, na sąsiednich domach mało kto, a nawet nikogo nie było. Jeszcze ogień był daleko, a już padały kawałki palących się gontów, które ja garnuszkiem przez 1/2 godziny zalewałem (...). Gorąco, dym w oczy. Dom drugi się zapala, [trzeba] rejterować; buty. Zejść trudno, na ulicy rejwach, wszystko ucieka. (...) Ludzi nie ma. Łuna tak olbrzymia, że wszystko purpurowe[24].
Quote-alpha.png
Nie wyszło 5 minut, że się pałac biskupi i dominikany palą, a więc my, popakowawszy srebra w kufer i obrazy zniósłszy do piwnicy, wyszliśmy z domu z domu, bo już nie było co robić. Mamusia wybiegła naprzód i szła prawie bez przytomności. My zaś dwie prowadziłyśmy ojca. Brat pozostał przy domu. Wyszliśmy w Grodzką ulicę, ale już gonty spadały na dół, a wiatr był tak gorący jakby ognisty. Nie widząc, gdzie się udać, wyszliśmy na Planty; tam ojciec, nie mogąc dalej iść, usiadł na ławce i przypatrywaliśmy się, jak płomienie wybuchały przez ceglany dach[25].
Quote-alpha.png
Dostawszy się z mozołem i ze strachem na plac WW. Świętych – aż tu dopiero najokropniejszy i serce rozdzierający czekał na widok! Naokoło, gdziekolwiek oko sięgało, wszystko w jednym, i to tak okropnym stanęło ogniu! (...) Tłum ludzi, którzy oprócz życia nic więcej uratować nie zdołali, biegający z krzykiem i rozczochranymi włosami, i rozkrzyżowanymi rękoma, tu i ówdzie z okien dolatujące przeraźliwe głosy rozpaczy, wołające ratunku, widok doktora [Józefa] Placera, chodzącego jakby w obłąkaniu, bez kapelusza, bez surduta i tylko kołdrą odzianego, który snadź w czasie snu popołudniowego tak nagle ogniem zaskoczony został, że oprócz kołdry nic więcej ze sobą zabrać nie potrafił, te dymy dławiące, ten żar piekący od ognia, ten zgiełk, ten chaos – wszystko to tworzyło obraz, na widok którego rozum człowieka się mieszał, a serce pękało![26].
Quote-alpha.png
Po błoniach krążą bezładnie mężczyźni, kobiety i dzieci, wszyscy obarczeni przedmiotami, które udało się uratować z płomieni. Mężczyźni chodzą tam i z powrotem, nosząc umeblowanie, pościel, ubrania i zrzucając je na stos, każdy dla siebie. Nie ulega wątpliwości, że noc zamierzają tutaj spędzić. Ludzie, konie, psy, ptaki w klatkach, koty – wszystko to siedzi jedno drugiemu na głowach[27].

Wśród mieszkańców wkrótce rozpowszechniły się plotki wedle których pożar był dziełem podpalaczy. Pojawiły się głosy wzywające do natychmiastowych rozstrzeliwań podejrzanych lub wprowadzenia sądów doraźnych. Poza tym nie brakło osób, które zaczęły rabować, to co ocalało, jak i napadać na mieszkańców. W związku z tym wysłano na ulice miasta silne patrole wojskowe, które poza chwytaniem przestępców, miały również zapobiegać próbom samosądów[28].

[edytuj] Następne dni pożaru

Quote-alpha.png
Z kilku domów wznosi się ciężki dym, tu i ówdzie pali się belka lub futryna od okna. Mury i kominy sterczą nagie, czarne, poopalane, jako krzyże nad mogiłami dawnej exystencyi[23].

19 lipca, na szczęście dla miasta i jego mieszkańców, pożar przestał się rozszerzać. Nieprawdziwymi okazały się wieści o ogniu na Szewskiej i Kleparzu. Jednak na obszarze wielkiego pogorzeliska, raz po raz pojawiały się nowe ogniska płomieni, które starano się szybko zlikwidować. Płonęły nadal pojedyncze budynki, zwłaszcza biblioteka dominikanów. Do dalszej walki z żywiołem wykorzystano sprzęt gaśniczy wojska, sprowadzono także sikawki z Podgórza, jak również z powiatu miechowskiego Królestwa Polskiego. Jednak obywatele miasta, zmęczeni ostatnimi wydarzeniami, coraz mniej pomagali przy dogaszaniu pożaru, zanikało poczucie solidarności i chęć niesienia pomocy. Liczba ochotników malała, zaczęło brakować ludzi do obsługi sprzętu. Dalszą walkę z ogniem kontynuowano dzięki zaangażowaniu się krakowskich Żydów, studentów uniwersytetu, jak i chłopów, ściągniętych z okolicznych wsi, m.in. Krowodrzy i Pleszowa[29].

Kolejne dni minęły w miarę spokojnie, dogaszano tlące się jeszcze zgliszcza. Czasami wybuchały nowe pożary w obrębie pogorzeliska, m.in. w zabudowaniach dominikanów, Pałacu Biskupim i pojedynczych kamienicach[30]. Nie stanowiły jednak już większego zagrożenia, zwłaszcza że 22 lipca spadł obfity deszcz. Wszelkie nowe ogniska płomienia, wzniecane przez wiatr, jakie pojawiały się w następne dni były szybko gaszone[31].

[edytuj] 26 VII: ogień na Kleparzu

W momencie kiedy sytuacja wydawała się już zupełnie opanowana wybuchł nowy pożar. 26 lipca[32], o godzinie dziewiątej wieczorem, na Kleparzu zapaliły się drewniane budynki Na Podcieniu, ustawione w południowej części Rynku Kleparskiego (wzdłuż dzisiejszej ulicy Basztowej). Ogień szybko przerzucał się z dachu na dach kolejnych domów. Miasto ponownie znalazło się w wielkim niebezpieczeństwie, bowiem na Kleparzu znajdowały się wielkie składy łatwopalnych materiałów: zboża, słomy, siana, smoły i spirytusu. Jednak dzięki sprzyjającym warunkom pogodowym (brak wiatru) i skutecznej akcji ratowniczej, w której wzięło udział wojsko, udało się zapobiec rozszerzeniu pożaru – spłonęło tylko sześć domów. Z sąsiednich porzucano dachy, podobnie uczyniono na ulicy Długiej. Gaszenie ognia ułatwił również fakt, iż budynki na Kleparzu były dużo niższe niż te w centrum Krakowa[33].

[edytuj] Pogłoski o podpaleniu

Wspomniane już krótko opowieści o rzekomej działalności podpalaczy utrzymywały się wśród mieszkańców miasta przez dłuższy czas i dotyczyło to nie tylko warstw słabiej wykształconych. Jeszcze w trakcie pożaru, krakowski „Czas” podawał, iż doszło do aresztowań podejrzanych osób, które mogły wzniecić ogień, co miały potwierdzać znalezione przy nich przedmioty. I tak, już 18 lipca generał major Hlawaczek, dowódca garnizonu, osobiście zatrzymał mężczyznę z siarką, świecą i paczką prochu, owiniętą w bawełnę. Natomiast mecenas Boguński, właściciel kamienicy nie objętej jeszcze pożarem, złapał dziesięcioletniego chłopca, który próbował wbiec na strych budynku z łatwopalnymi materiałami. Oprócz tego ujęto jeszcze cztery podejrzane osoby. Wszystkich zatrzymano w odwachu przy Wieży Ratuszowej lub w Krzysztoforach, pełniących funkcję koszar wojskowych[34].

Wedle krążących plotek, celem podpalaczy było doprowadzenie do jakiś zamieszek, realizacja spisku politycznego czy też po prostu okradzenie płonących domów. Na tyle poważnie potraktowano te informacje, iż grupa obywateli miasta, na czele z Hilarym Meciszewskim, zaczęła domagać się od władz wprowadzenia sądu doraźnego dla podejrzanych. Jednak zarówno Andrzej Ettmayer, przewodniczący Komisji Gubernialnej (organu władz gubernatora Galicji), jak i generał Hlawaczek, odmówili spełnienia tego postulatu. Wezwali jednak mieszkańców do pilnowania własnych kamienic, zaś na ulice Krakowa wysłano silne patrole żołnierzy garnizonu, które miały pilnować porządku[35].

Stan wzmożonej podejrzliwości utrzymał się również następnego dnia. „Czas” zamieszczał kolejne informacje, które miały wskazywać na podpalenia jako przyczynę wielkiego pożaru, choć zarazem dziennikarze podkreślali, iż nie wierzą w to, by pośród mieszkańców miasta mogli pojawić się ludzie, zdolni do dokonania takiego czynu. Wedle zebranych doniesień pod kościołem Mariackim znaleziono podrzuconą siarkę, ogień w kościele św. Józefa miał pojawić się nie od zewnątrz, ale na strychu, zaś kościół Dominikanów ponoć zaczął palić się od strony ulicy Szerokiej, kiedy ta jeszcze nie była objęta płomieniami. Na Krowodrzy omal nie doszło do samosądu nad mężczyzną, przy którym znaleziono proch. Aby uspokoić ludność, dowództwo garnizonu zapowiedziało wprowadzenie sądu wojennego, który w ciągu doby osądzi i skarze ewentualnych podpalaczy. Informacja o tym spotkała się z przychylną reakcję mieszkańców miasta[36].

Nastroje, jak się wydaje, wkrótce potem zaczęły ulegać uspokojeniu. 21 lipca Komisja Gubernialna ogłosiła, iż nie odkryto jeszcze żadnych faktycznych dowodów na działalność podpalaczy, śledztwo jednak będzie kontynuowane. Także w „Czasie” pojawiły się teksty uznające przytaczane wcześniej dowody za zbyt wątłe, nie potwierdzone przez żaden z sądów. W ślad za tym skłaniano się do odrzucenia informacji o podpaleniu[37]. Fryderyk Hechel w podobnym duchu komentował pożar (zapiska z 26 lipca):

Quote-alpha.png
To tylko dodać muszę, iż pomimo upowszechnionego w mieście mniemania, jakoby ogień w kilku miejscach podłożony został w celu wzniecenia jakiegoś zaburzenia lub okradzenia palących się mieszkańców, zbrodnia tak szkaradna miejsca nie miała. Lud prosty głupi i kobiety tak wielkim niespodziewanym ogniem przestraszone to mniemanie bezzasadnie utrzymywały, a nawet kilka osób o podpalenie podejrzanych schwytano i uwięziono, bliższe atoli onych śledztwa fałsz oskarżenia oczywiście okazały[38].

Ostatecznie śledztwo wykazało, iż ogień zaprószony został przypadkowo. Winnych nieumyślnego spowodowania pożaru pociągnięto do odpowiedzialności przed sądem. Mimo to przez resztę roku wszelkie kolejne pożary, na szczęście niewielkie, część mieszkańców miasta brała za dzieło podpalaczy[39].

[edytuj] Postawa władz austriackich

Władze zaborcze nie pozostały bezczynne podczas wielkiego pożaru, a ich działalność nie ograniczyła się jedynie do zbadania przyczyn pożogi i szukania rzekomych podpalaczy. Austriacy zaangażowali się również w samą walkę z ogniem. Wśród kierujących akcją gaśniczą znaleźli się Ettmayer i Hlawaczek, komendant garnizonu, do pomocy włączył się również starosta grodzki. Dla wsparcia mieszkańców miasta i nielicznej straż pożarnej skierowano policję i oddziały wojska. Wedle informacji zawartych w „Czasie”, żołnierze z dużą ofiarnością brali udział w tej akcji. Trzy kompanie całkiem zniszczyły wówczas mundury, kilku oficerów austriackich wyróżniło się w walce z ogniem, a oddział minerów za dzielną postawę nagrodzono sumą dwudziestu złotych reńskich, którą jednak żołnierze przekazali na rzecz pogorzelców[40].

Mimo to pojawiły się pogłoski, wedle których komendantura nie chciała udostępnić sikawek miejskich, które znajdowały się w jej dyspozycji i zatrzymała je na zamku. Faktycznie zaś tylko jedna z nich pozostała tam, na wypadek pojawienia się ognia i w tym miejscu, cytadeli twierdzy[41]. W każdym razie po pożarze nie brakło opinii obciążających Austriaków winą za zbyt późne podjęcie akcji gaśniczej czy też złe jej prowadzenie. Krytykowane były przede wszystkim władze wojskowe, które miały wówczas bardzo duży wpływ na funkcjonowanie miasta, z racji stanu oblężenia, wprowadzonego w styczniu 1849 roku, z powodu powstania węgierskiego. W ten sposób komentował pożar Walerian Kalinka, wedle którego uzyskanie zgody od komendanta na użycie sikawek okazało się trudne i czasochłonne, a co za tym idzie opóźniło skierowanie ich do walki z ogniem. Ponadto, podczas akcji gaśniczej, wojsko miało ratować tylko budynki należące do administracji rządowej, a utworzywszy wokół nich kordony, nie dopuszczało do gaszenia innych kamienic i domów[42].

Jeszcze ostrzejszą w tonie opinię sformułował Józef Louis ojciec, według którego całą odpowiedzialność za pożar i zniszczenie miasta, ponoszą władze austriackie. Jak podaje w swoich zapiskach, zarówno rząd, jak i dowództwo wojskowe, ciągle podejrzewały, iż w Krakowie może dojść do wybuchu rewolucji. Przez to przekonanie wprowadzono ścisłą kontrolę nad dotychczasowym systemem ostrzegania mieszkańców o pożarze, który według Louisa za czasów Wolnego Miasta, działał doskonale. Jednak Austriacy przypuszczali, iż może zostać wykorzystany do wywołania zamieszek. Dlatego też zarządzono, iż stróż po zauważeniu ognia nie mógł od razu bić na alarm, tylko musiał wpierw dać znać na odwach przy Wieży Ratuszowej. Następnie oficer dyżurny posyłał żołnierza z raportem do komendantury na Stradomiu, skąd kierowano do odwachu jednego z adiutantów. Ten, po zapoznaniu się z sytuacją, jeśli nie była to próba wywołania zamieszek, nakazywał oficerowi dyżurnemu pozwolić stróżowi na wszczęcie alarmu. Według Louisa, głupie, nieuzasadnione podejrzenia doprowadziły do zmarnowanie cennego czasu. Przez to młyny próbowała gasić zbyt mała liczba osób, a gdy wreszcie zawiadomiono większość mieszkańców, było już za późno na ich uratowanie, ogień zaś mógł swobodnie przerzucać się na inne budynki[43].

Wydaje się jednak, że powyższe informacje są mocno przesadzone i garnizon władze wojskowe nie odegrały aż tak negatywnej roli podczas pożaru. Hechel, współczesny Louisowi, w swoich zapiskach odpowiedzialnością za lipcowe wydarzenie obciąża po równi rząd, policję, jak i samych mieszkańców. Faktycznie pożar, któremu sprzyjały warunki atmosferyczne (susza, wiatr), rozprzestrzenił się na tak duży obszar miasta i okazał się wyjątkowo niszczący, z powodu słabej organizacji i wyposażenia ówczesnej krakowskiej straży pożarnej, lekceważenia przez mieszkańców przepisów przeciwpożarowych, braku zachowania odpowiednich środków ostrożności czy wreszcie lichej, łatwopalnej zabudowy, obecnej nie tylko na przedmieściach, ale i w centrum[44].

[edytuj] Skutki pożaru

Nabożeństwo na gruzach kościoła Świętej Trójcy po pożarze.
Oryginał rysunku w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej[45].

[edytuj] Zabici i ranni

W trakcie pożaru zginęło pięć osób. Wszystkie straciły życie 18 lipca[46]. Ich tożsamość znamy dzięki informacjom zawartym w „Czasie” i relacji Józefa Louisa ojca. Śmierć poniosły następujące osoby:

Do tej listy ofiar można też dodać sześćdziesięcioletnią służącą urzędnika Zakrzeskiego, która uciekając z płonącego domu, wyskoczyła przez okno i zmarła w wyniku odniesionych obrażeń. Oprócz tego w „Czasie” znalazły się wzmianki o śmierci kilkorga dzieci, lecz nie zostały one potwierdzone[48].

Liczba rannych jest nieznana, z pewnością jednak była dość znaczna. Ludzie odnosili obrażenia zarówno uciekając przed ogniem, jak i próbując walczyć z żywiołem. Wiadomo jedynie, iż podczas akcji gaszenia pożaru piętnastu spośród krakowskich policjantów zostało rannych, jeden zaś miał ponieść śmierć, ale informacja ta nie została potwierdzona. Prócz tego kilku uczestników akcji gaszenie pożaru na Kleparzu 26 lipca odniosło dotkliwe obrażenia[49].

[edytuj] Bilans zniszczeń

Quote-alpha.png
Straszny jest widok naszego miasta: jako zamki porozwalane sterczą czarne, okapciałe mury, a przez okna wyzierają stosy zsypanych rumowisk, pod któremi przepadły na długo, może na zawsze majątki naszych obywateli. Ze zgliszczów kurzą się jeszcze gdzieniegdzie dymy, tli się w pułapach ostatni ślad tej fatalnej plagi, która główną część miasta naszego w perzynę obróciła[50].

Pożar przyniósł ogromne straty, strawił bowiem, poza zabudową o charakterze przedmiejskim przy Krupniczej i Polnej, także ścisłe śródmieście. Zniszczeniu uległy prawie wszystkie budynki przy Gołębiej, Wiślnej, Franciszkańskiej, Brackiej, Grodzkiej (do przecięcia z św. Józefa), Stolarskiej, jak również południowa pierzeja Małego Rynku oraz południowa i połowa wschodniej pierzei Rynku Głównego[51]. Spłonęły cztery kościoły, trzy klasztory, dwa pałace, ważne dla funkcjonowania miasta młyny i jatki mięsne, oraz, jak się powszechnie przyjmuje, około 160 domów i kamienic[52], choć można spotkać się też z liczbą 170[53] lub 180 obiektów[54].

Szacunki określające finansowy wymiar zniszczeń podają rozbieżne liczby, zresztą w dwóch różnych walutach. Całość strat oszacowano na około milion złotych reńskich[55]. Wartość zniszczonych budynków miała sięgnąć sumy 3 858 000 złotych polskich[56]. Z kolei utracony przez pogorzelców majątek, ruchomy i nieruchomości, szacowano łącznie na 4 592 000 złotych polskich[57].

[edytuj] Straty kulturalne

Równie wielkie i niepowetowane straty, praktycznie niemożliwe do oszacowania w jakiejkolwiek walucie, miasto poniosło w zakresie dóbr kultury. Pożar strawił wiele zabytkowych budowli, wraz z którymi bezpowrotnie przepadło całe ich wyposażeniem. Tak stało się z kościołami Franciszkanów i Dominikanów, które w jeden dzień utraciły swój bardzo bogaty wystrój. Oprócz tego w ogniu przepadły liczne prywatne kolekcje dzieł sztuki, jak i bogate księgozbiory.

[edytuj] Kościoły i pałace

Wnętrze kościoła Świętej Trójcy przed pożarem, nawa północna.
Fragment nagrobku Sebastiana Petrycego z kościoła Franciszkanów. Zniszczony podczas pożaru, zrekonstruowany został dopiero w 1930 roku.

Z kościoła Świętej Trójcy ocalały jedynie kaplice boczne, zakrystia i skarbiec. Spłonęła cała reszta wnętrza i wolno stojąca dzwonnica przed kościołem. W dwa tygodnie po pożarze, 3 sierpnia, runął zachodni szczyt świątyni, niszcząc sklepienie nawy głównej i powiększając tym samym zniszczenia od ognia. Pastwą płomieni padły rzeźbione stalle w prezbiterium, wykonane w końcu XVI stulecia przez brata Michała, wielki barokowy ołtarz główny z końca XVII wieku, kilka obrazów pędzla Tomasza Dolabelli, ozdobne tkaniny zdobyte pod Wiedniem (wotum Jana III Sobieskiego) i przechowywany od dziesięciu lat u dominikanów, ozdobny katafalk, na którym spoczywała trumna ze szczątkami Tadeusza Kościuszki podczas uroczystości pogrzebowych w katedrze krakowskiej w 1818 roku[58].

Ogień zniszczył też, umieszczony w prezbiterium, drewniany, polichromowany nagrobek księcia Leszka Czarnego z 1690 roku, a zastawiona przezeń piętnastowieczna płyta nagrobna tego władcy, zupełnie się przepaliła. Przepadły także, umieszczone w kaplicach bocznych, średniowieczna płyta nagrobna kasztelana Klemensa Wątróbki i renesansowe dzieło poświęcone małżeństwu Orlików, Stanisławowi i Katarzynie, dłuta Hieronima Canavesiego. Bardzo cenny, wykonany z marmuru, grobowiec biskupa Iwo Odrowąża, ustawiony pośrodku prezbiterium, co prawda przetrwał kataklizm, ale został poważnie uszkodzony i mimo późniejszego zabezpieczenia rozsypał się (jego resztki usunięto z kościoła około 1871 roku). Podobny los spotkał pomnik nagrobny Stanisława Zawadzkiego, lekarza, profesora i rektora Akademii Krakowskiej, wykonany w 1580 roku. Oprócz kościoła zniszczeniu uległ również cały klasztor, a wraz z nim budynek biblioteki. W ogniu przepadło około szesnastu tysięcy woluminów, jak i archiwalia, sięgające nawet XIII wieku[59].

W kościele św. Franciszka z Asyżu i konwencie braci mniejszych zasadniczo bez większych zniszczeń wyszły kaplice i krużganki klasztorne. Wraz z resztą świątyni przepadło całe wyposażenie, w tym marmurowy ołtarz główny z końca XVI wieku, stalle, wykonane przez brata Antoniego Szwacha (wykładane były hebanem, macicą perłową i srebrem), obrazy Dolabelli Sąd Ostateczny i Chrystus gromiący grzeszników, wielkie organy z XVII wieku oraz liczne nagrobki – wykonana z czerwonego marmuru, płyta nagrobna Eufemii (Femki) Borkowej, żony stolnika Jana Borka (zmarłej w 1373 roku), epitafium Marcina Wybranowskiego z 1638 roku czy nagrobek Sebastiana Petrycego, lekarza i profesora Akademii Krakowskiej[60].

Unicka świątynia św. Norberta spłonęła wraz z całym wyposażeniem, natomiast księżom i zakonnicom udało się ocalić wnętrze kościoła św. Józefa, który utracił tylko dach oraz dzwony, stopione w ogniu. W klasztorze Bernardynek wypaleniu uległy cele sióstr, natomiast zachowały się biblioteka i archiwum[61].

Pałac Wielopolskich został całkowicie zniszczony, a wraz z nim przepadły historyczne malowidła z XVII wieku, dzieło nieznanego malarza holenderskiego. Za większą stratę można natomiast uznać spalenie się Pałacu Biskupiego, we wnętrzach którego mieścił się Gabinet Historyczny, swoiste muzeum dziejów ojczystych, urządzone w duchu wczesnego romantyzmu przez biskupa Jana Pawła Woronicza, z pomocą architekta Szczepana Humberta i malarza Michała Stachowicza. Spośród licznie zgromadzonych tam zabytkowych przedmiotów i obrazów historycznych ocalało raptem jedenaście płócien oraz trzy gipsowe popiersia[62].

[edytuj] Zbiory prywatne i inne

Z powodu pożaru przestały również istnieć, częściowo lub całkowicie, liczne prywatne zbiory dzieł sztuki i księgozbiory, zawierające często niezwykle cenne pozycje. W ten sposób Daniel Friedlein, który stracił swój zbiór rycin i bibliotekę, jak również także drukarnię i introligatornię, przepadła część zbiorów historyka Wilhelma Gąsiorowskiego (ryciny i numizmaty) oraz obrazy Michała Stachowicza, przechowywane w domu jego syna, Teodora Baltazara. Spaliły się także następujące księgozbiory:

Do strat w dziedzinie kultury można zaliczyć również spalenie się drukarni i księgarni Józefa Czecha, utratę większości wyposażenia przez Instytut Techniczny, jak również zniszczenie Drukarni Uniwersyteckiej, w której zresztą spłonęła część wydrukowanego nakładu tomu ósmego Historii literatury polskiej autorstwa Michała Wiszniewskiego. Tragiczny pożar, wraz z polityką germanizacji uczelni, zahamował rozwój tej drukarni[64].

[edytuj] Pomoc dla pogorzelców

Po pożarze setki osób znalazły się bez dachu nad głową i środków do życia oraz miejsc pracy. Jak już wspomniano, pogorzelcy koczowali na Plantach lub byli goszczeni u krewnych i znajomych. Sytuacja ich była jednak bardzo trudna, zwłaszcza osób mniej zamożnych czy biednych.

Quote-alpha.png
Każdy ocalały dom, każdy stryszek a nawet piwnice przepełnione były ludźmi, którzy znaleźli się bez dachu nad głową.(...) Przez dni kilka przenosiliśmy się z jednego domu do drugiego, szukając gościnności[65].

Zbieraniem funduszy na pomoc poszkodowanym zajął się Komitet Pogorzeli. Zawiązany został, za zgodą władz cywilnych i wojskowych, już w drugim dniu pożaru 19 lipca. Przewodnictwo nad nim objęli hrabina Zofia Potocka oraz Wincenty Kirchmajer, kupiec i bankier[66]. Komitet prośby o pomoc skierował nie tylko do do mieszkańców Krakowa i społeczeństwa polskiego w trzech zaborach, ale również do większych miast Austrii, Niemiec oraz Francji. Także Komisja Gubernialna rozpoczęła zbieranie funduszy na rzecz pogorzelców. Natomiast Rada Miejska dość szybko zaczęła otrzymywać wsparcie finansowe od innych polskich miast, lecz na polecenie Komisji Gubernialnej, musiała, mimo protestów, zaprzestać zbierania pieniędzy. Radni, nieufnie traktowani przez władze austriackie, mieli również duże problemy z porozumieniem się z Komitetem Pogorzeli oraz Komitetem Właścicieli Domów, dbającym o interesy posiadaczy nieruchomości[67].

Największe sukcesy w zbieraniu funduszy odniósł Komitet Pogorzeli, który działał do 1853 roku. Kwota przezeń pozyskana wyniosła ponad dwieście tysięcy złotych reńskich, z czego jedna czwarta sumy została przekazana na odbudowę zniszczonych kościołów[68]. Pieniądze napływały z różnych stron, zarówno od osób prywatnych, jak i stowarzyszeń, gmin, cechów, wszelakich instytucji i organizacji. Składki na rzecz pomocy pogorzelcom zbierano między innymi w Warszawie, Lwowie, Poznaniu, Hamburgu, Wiedniu, Paryżu oraz w różnych miejscowościach uzdrowiskowych. Pieniądze przekazali również Melchior von Diepenbrock, biskup Wrocławia, kardynał de Bonald, arcybiskup Lyonu oraz papież Pius IX, który ofiarował sumę dwudziestu tysięcy franków, z zastrzeżeniem, iż połowa przeznaczona jest na kościoły. Oprócz tego wiele osób ofiarowało do sprzedania komitetowi dzieła sztuki i kosztowności, ze sprzedania których dochód miał trafić do ofiar kataklizmu. Nie brakło również przekazywania na rzecz pogorzelców odzieży, lekarstw czy wreszcie materiałów budowlanych. Do akcji pomocy włączyli się również ludzie kultury. Przykładowo, Wacław Hanka przekazał dochód uzyskany z wydania tłumaczenia zbiorów jego polskich pieśni na czeski, natomiast obraz malarza Józefa Kurowskiego Kraków po pożarze, widok ze sklepienia kościoła Dominikanów ku zachodowi wystawiono publicznie, a pieniądze za wstęp (po 3 grosze od osoby) przekazano na rzecz pogorzelców[69]. Natomiast Komisja Gubernialna zbierała środki droga urzędową: poprzez magistraty, komendy wojskowe, a w przypadku wpłat z zagranicy poprzez konsulaty austriackie. Jako że była organem władz państwowych nie ogłosiła sprawozdania ze swojej działalności i nie wiemy dokładnie jaką sumę udało się jej zebrać, choć zapewne była ona dość znaczna[70].

Część najszybciej zebranych przez Komitet Pogorzeli i komisję środków finansowych rozdysponowano jeszcze w trakcie trwania pożaru. Przeznaczono je na zakup kilku tysięcy bochenków chleba i gorących posiłków, które bezpłatnie rozdano pogorzelcom. Oprócz tego sumę trzydziestu tysięcy złotych reńskich, dar cesarza Franciszka Józefa I, spożytkowano na zasiłki, bardzo różnej wysokości (od 1 do 250 złotych), za które poszkodowani mogli wynająć mieszkania czy też zakupić narzędzia do pracy. Komitet dostarczał również wozów do transportu ocalałego mienia[71].

W ciągu następnych miesięcy po pożarze pomoc dla pogorzelców wyglądała już nieco inaczej, przy czym nie brakło oskarżeń o marnotrawienie środków, jak i sporów pomiędzy organami niosącymi pomoc. Wzajemne zarzuty publikowano na łamach miejscowego „Czasu”, jak i w austriackich gazetach. Komitet Pogorzeli z reszty zebranych prze siebie pieniędzy wypłacał rekompensaty pokrzywdzonym przez żywioł. Właściciele kamienic, które uległy spaleniu, otrzymywali sumy sięgające 18,5% wartości utraconych budynków. Na rzecz posiadaczy ruchomości zniszczonych w pożarze (jak np. wyposażenie warsztatów rzemieślniczych) przeznaczano zwykle 10% wartości straconego dobytku. Oburzenie części mieszkańców miasta, poza fałszywymi zgłoszeniami i zawyżaniem roszczeń, budził również fakt, iż wśród osób, które otrzymały wsparcie finansowe, znaleźli się przedstawiciele najzamożniejszych warstw społecznych m.in. hrabia J. Siemieński, Ludwik Morsztyn, H. Kaczkowska czy baron Karol Larysz. Komitet Pogorzeli oskarżano o dbanie wyłącznie o interesy ludzi zamożnych i właścicieli kamienic. Z kolei Komisja Gubernialna wypłaciła posiadaczom budynków sumy wynoszące około 10% ich wartości nieruchomości, jak również pewne środki przeznaczyła na wsparcie urzędników państwowych oraz osób najbiedniejszych, służby i robotników. Jednak nawet i to nie u wszystkich budziło sympatię, część bogatszych osób uważała to za marnotrawstwo[72].

Poza przekazywaniem pieniędzy podejmowano też inne działania. Rada Miejska nie dysponując żadnymi środkami finansowymi, zwalniała poszkodowanych od opłat miejskich, jak również automatycznie przedłużała im koncesje. Poza tym władze austriackie, aby ułatwić odbudowę miasta, zwolniły od ceł materiały budowlane importowane z Kongresówki i Prus, na pewien czas zawiesiły także podatek konsumpcyjny od żywności oraz przekazały około sto tysięcy złotych reńskich na odbudowę budynków rządowych[73].

[edytuj] Odbudowa miasta

[edytuj] Finansowanie prac

Pożar z lipca 1850 roku był dla Krakowa wielką i niespodziewaną klęską. Po zakończeniu akcji gaśniczej oraz udzieleniu pomocy najbardziej potrzebującym, władze miasta i jego mieszkańcy stanęli przed koniecznością odbudowy spalonej dzielnicy. Początkowo nie brakło opinii nad wyraz pesymistycznych, wedle których nie było szans na realizację takiego przedsięwzięcia. Faktycznie, sytuacja ekonomiczna nie była korzystna i nie sprzyjała kosztownej odbudowie. Miasto nadal pogrążone było w kryzysie gospodarczym, wywołanym wcieleniem go do austriackiego obszaru celnego i zwiększeniem podatków, co miało miejsce w 1847 roku, kiedy to również Kraków dotknęła klęska głodu[74].

Możliwość samodzielnego sfinansowania odbudowy zniszczonych budynków mieli jedynie ziemianie, posiadacze miejskich rezydencji, i zamożniejsi mieszczanie, parający się handlem, bankierstwem lub czerpiący dochody z majątków ziemskich. W Krakowie nie było instytucji zdolnej do udzielenia większych kredytów, sumy przekazane z Komitetu Pogorzeli czy Komisji Gubernialnej nie były w stanie pokryć całości kosztów, jakie niosła za sobą odbudowa, dodatkowo wielu właścicieli kamienic miało hipoteki obciążone znacznymi długami. Także odszkodowania, wypłacane przez towarzystwa asekuracyjne (łącznie na kwotę trzydziestu jeden tysięcy złotych reńskich) nie odpowiadały wielkim potrzebom. Niska wysokość tych sum, rekompensująca niewielką część rzeczywistej wartości zniszczonego budynku była wynikiem ubezpieczania nie całego domu, lecz tylko jego góry: dachu, poddasza i ostatniego kondygnacji. Wielu poszkodowanych w ogóle nie otrzymało żadnych pieniędzy, bowiem nie ubezpieczyli się od pożaru lub nie uiścili wcześniej wszystkich wpłat, ze względu na problemy finansowe. Nie brakło również zwyczajnego zlekceważenia zagrożenia ogniem, bowiem Kraków w ciągu ostatnich lat nie został dotknięty większym pożarem[75].

W takiej sytuacji jedynym wyjściem było zaciągnięcie dużej pożyczki na odbudowę miasta. Wśród instytucji, które mogłyby jej udzielić, widziano banki austriackie lub zagraniczne, ewentualnie skarb państwa. Bardzo wcześnie, apelować o zaciągnięcie pożyczki, zaczął Komitet Właścicieli Domów, zawiązany 29 lipca, w celu reprezentowania interesów posiadaczy nieruchomości. Skupiło się w nim około stu pięćdziesięciu osób[76]. Wysuwano różne projekty dotyczące pożyczki, wśród których najgłośniej było o pomysłach komitetu. Jego członek, Hilary Meciszewski już wcześniej zaproponował na łamach „Czasu” powiązanie pożyczki z moratorium dla właścicieli kamienic, którzy przez okres 20 – 30 lat mogliby nie spłacać długów[77]. Jednak Rada Miejska, na posiedzeniu 2 września, broniąc interesów licznych wierzycieli, odrzuciła ten projekt. Argumentowano przy tym, iż jest niezgodny z przepisami miejskimi i pomija kościoły oraz budynki należących do zakonów. Także kolejna inicjatywa komitetu, założenie Towarzystwa lub Kasy Umorzenia, które miało wypuścić obligacje i dzięki któremu dłużnicy mogliby spłacić swoje długi w przeciągu 28 lat, nie został zaakceptowany, także w Wiedniu, dokąd udali się przedstawiciele komitetu we wrześniu 1850 roku, by przekonać rząd do swego pomysłu[78].

Rada Miejska zdecydowała się na zaciągnięcie pożyczki od skarbu państwa. Pierwotnie planowano pozyskanie bezprocentowo sumy dwóch milionów złotych reńskich, wraz z dodatkowymi kwotami na wywóz wielkich ilości gruzu, zabezpieczenie przepalonych murów i zakup nowego sprzętu dla straży pożarnej. Do Wiednia wezwano delegatów rady, w celu opracowania ostatecznego projektu pożyczki. Jednak negocjacje okazały się trudne i bardzo powolne, bowiem władze państwowe starały się ograniczyć do minimum postulowaną kwotę, co uzasadniano trudną sytuacje skarbu cesarstwa. W grudniu 1850 roku przedstawiciele Rady Miejskiej, notariusze Korytowski i Ekielski, zgodzili się na powołanie Towarzystwa Umorzenia i przyjęcie czteroprocentowej pożyczki w wysokości miliona złotych reńskich. Jednak rada nie zatwierdziła tych ustaleń, uważając iż jej przedstawiciele przekroczyli swoje pełnomocnictwa. Próby wytargowania większej sumy nie dały jednak efektu i 16 stycznia 1851 roku przegłosowano projekt akceptujący pożyczkę na sumę miliona złotych, odrzucając ostatecznie inicjatywy Komitetu Właścicieli Domów. Uchwała ta została następnie wysłana do zatwierdzenia przez namiestnika Gołuchowskiego we Lwowie i rząd wiedeński. Ostatecznie jednak decyzje w tej sprawie zapadły dopiero w czerwcu 1851 roku. Pożyczka, udzielana na cztery procent, miała wynieść pięćset tysięcy złotych reńskich, przy czym potrącono z tej sumy pięćdziesiąt tysięcy, które wypłacono wcześniej na usunięcie gruzu, poszerzenie ulic i sprzęt dla straży. Nie mogły starać się o nią osoby, które nabyły już spalone nieruchomości. Spłata miała nastąpić w ciągu 20 lat (przy czym pierwsze trzy lata były wolne od spłacania), poza tym pożyczkobiorcy zwalniani byli od opłat stemplowych, jak i na okres pięciu lat od podatków. Pożyczana suma wynosiła zwykle nie więcej niż połowę wartości nieruchomości, tylko w wyjątkowych sytuacjach trzy czwarte. Aby uzyskać pożyczkę należało przedstawić kosztorys budowy, ubezpieczyć nieruchomość od pożaru, uzyskać zgodę wierzycieli na wpisanie rządu na miejscu pierwszym w hipotece oraz otrzymać poręcznie gminy, która swymi dochodami i majątkiem gwarantowała spłatę. Gdyby to nie wystarczyło planowano nałożenie przymusowych składek na wszystkich mieszkańców miasta[79].

W sierpniu 1851 roku powołano komisję rozpatrującą wnioski o pożyczkę, na czele której stanął radny Konstanty Benoe. Bardzo skrupulatnie badano kosztorysy oraz stan zadłużenia nieruchomości wnioskodawców. Pożyczkę wypłacano w dwóch lub trzech ratach, w miarę postępu prac budowlanych. W ten sposób starano się nie dopuścić do przeznaczania tych pieniędzy na inne cele i zarazem wymusić na właścicielach przestrzeganie nowych przepisów budowlanych. Z tej formy pomocy skorzystała ponad połowa właścicieli domów. W 1852 roku wprowadzono nawet dodatkowe ułatwienia dla osób mających do tej pory problemy z uzyskaniem pożyczki. Ostatnie podanie przyjęto w 1860 roku, a kwotę pięćdziesięciu trzech tysięcy złotych reńskich, która pozostała niewykorzystana, rozdano pomiędzy 685 osób poszkodowanych w pożarze. Pożyczka, o którą zabiegano tak długo, okazała się bardzo pomocna w dziele odbudowy, choć nie brakowało negatywnych ocen warunków na jakich została udzielona[80].

[edytuj] Przebieg odbudowy

Kamienica Hetmańska, strawiona przez ogień podczas pożaru, jej odbudowę zakończono w 1853 roku.
Po prawej, za rzędem trzech okien na parterze, umieszczono tablicę poświęconą pożarowi.

Pierwsze, przygotowawcze prace, podjęto niedługo po pożarze. Polegały one na usunięciu gruzy z ulic i wnętrz domów oraz rozbiórce grożących zawaleniem budynków, burzonych najczęściej do fundamentów. Próby odbudowy z wykorzystaniem przepalonej cegły kończyły się katastrofami, domy ulegały zawaleniu, dlatego zrezygnowano z takich działań. Poza tym usunięto z ulic kramy handlowe, by nie przeszkadzały w porządkowaniu pogorzeliska, jak również zorganizowano tymczasowe jatki rzeźnicze, które usytuowano na placu Szczepańskim[81].

Dzięki pozyskanym funduszom odbudowa spalonych części miasta prowadzona była z dużym natężeniem. W znacznej mierze ożywiła cywilny ruch budowlany w Krakowie, który skoncentrował się w ciągu następnych piętnastu lat właśnie na likwidacji skutków pożaru. Na szerszą skalę prace tego rodzaju podjęto w 1851 roku, jedynie bogatsza część właścicieli spalonych nieruchomości odbudowała swoje domy jeszcze przed początkiem zimy 1850 roku[82].

Stosunkowo łagodny przebieg tej pory roku pozwolił na dość wczesne rozpoczęcie odbudowy kolejnych budynków. Zmieniona po lipcowej pożodze instrukcja budowlana, jak i przepisy antypożarowe, doprowadziły do zastosowania nowych technik (zaczerpniętych dzięki kontaktom z Austrią czy nawet Anglią) oraz materiałów – blachy, asfaltu, łupku, cementu portlandzkiego – sprowadzanych najczęściej z pruskiego Śląska. Korzystano przy tym z wprowadzanej ulgi celnej na materiały budowlane. Z Katowic, Rybnika i Gliwic importowano również cegłę i dachówki, bowiem cegielnie Kazimierza oraz Podgórza nie były w stanie pokryć tak wzmożonego zapotrzebowania, zwłaszcza że część ich produkcji była przeznaczona na potrzeby obiektów wojskowych, elementów powstającej wokół Krakowa twierdzy. Oprócz tego brakowało również ludzi do pracy, ponieważ w tym samym czasie trwały roboty kolejowe oraz wspomniane już prace fortyfikacyjne. Zatrudniano więc przyjezdnych m.in. budowniczych i cieśli z Wrocławia. Pracę przy odbudowie znajdowali także fuszerzy i czeladnicy z cechów innych niż murarski (szczególnie liczni pochodzili spośród krawców i szewców). Dzięki temu prace mogły postępować stosunkowo szybko[83]. W odbudowywanych domach zwykle likwidowano wielkie sienie wjazdowe, łączono także spalone nieruchomości w większe budowle. I tak pałac Rosenthalów wzniesiono z dawnej kamienicy Koniecpolskich i kamienicy Młodziejowskich (zwanej też Roszkowiczowską lub Korycińskich), natomiast pobliski pałac Larischa, skupił w sobie dawny pałac Stefana Jordana, oficynę przy placu Wszystkich Świętych i kamienicę Rutkowskiego. Oba gmachy zostały zwrócone fasadami w stronę południową[84].

Ambroży Grabowski tak opisywał przebieg odbudowy:

Quote-alpha.png
Część miasta, która nieszczęściu uległa, przybiera nader piękną postać. Wznoszą się okazałe domy, według pięknych pomysłów tegoczesnego budownictwa, budowane z trwałych materiałów i już nie dachami drewnianymi, gontami nakryte, ale dachówką, blachą żelazną lub cynkiem – co już od podobnego nieszczęścia chronić będzie; wewnątrz schody kamienne i wszystko z trwałego materiału, aby wewnątrz zdarzony pożar jak najmniej miał drzewa na żer okropnemu żywiołowi[85].
Tablica na elewacji kamienicy Hetmańskiej upamiętniająca pożar miasta w 1850 roku

Prace nie postępowały jednak równolegle i z tym samym natężeniem we wszystkich miejscach dotkniętych pożarem, różny była zatem czas ich zakończenia. Najszybciej postępowała odbudowa przy Rynku Głównym i Grodzkiej, gdzie trwała tylko do 1853 roku. W 1855 roku wzniesiono stałe jatki rzeźnicze, według projektu Pawła Barańskiego, usytuowane w miejscu spalonych, to jest między klasztorem Dominikanów a Plantami. Trzy lata później zakończono prace na Brackiej i Wiślnej. Z kolei w 1860 roku odbudowana była już zabudowa na Stolarskiej, a rok później przy tej ulicy, w miejscu spalonych budynków i muru klasztornego, wzniesiono nowe Kramy Dominikańskie. W tym czasie większa część spalonej dzielnicy podniosła się już ze zniszczeń, w ruinie pozostały jedynie budynek Drukarni Uniwersyteckiej oraz jedna lub dwie dawne bursy przy Gołębiej. Dużo gorzej sytuacja wyglądała na Kleparzu – do 1860 roku odbudowano tam zaledwie jeden dom[86].

Natomiast Dolne Młyny, miejsce gdzie rozpoczął się pożar, długo jeszcze pozostawały w ruinie. W ich sąsiedztwie odbudowywano zniszczone domy, a w 1858 roku wzniesiony nowy mostek nad Rudawą i wykonane drewniane ocembrowanie młynówki. Dopiero w 1864 roku spółka Arnolda Kappaparta, Wolfa Schönberga i H. Eibenschütza odbudowała budynek w nowej, trzypiętrowej formie, zaś rok później zamontowano w nim nowoczesny młyn parowy[87].

Odbudowa spalonej części miasta była też okazją do regulacji i poszerzenia kilku ulic, Najważniejszą tego rodzaju zmianę wprowadzoną na Grodzkiej, w jej części północnej, między Rynkiem Głównym a placem Wszystkich Świętych. Ze względu na coraz większy ruch pojazdów i ludzi zdecydowano, iż fasady nowo wznoszonych kamienic w pierzei wschodniej zostaną przesunięte o około trzy metry i w ten sposób stosunkowo wąski odcinek ulicy zostanie poszerzony. Mimo protestów osób pragnących zachować dawny, średniowieczny wygląd Grodzkiej, zamysł ten został zrealizowany i spotkał się z aprobatą większości mieszkańców. Natomiast bez większych kontrowersji uregulowano przebieg ulicy Dolnej przy młynie (obecnie Dolnych Młynów), gdzie zaczęto też wznosić solidne, murowane budynki oraz poszerzono Franciszkańską, poprzez likwidację części ogrodu braci mniejszych (wcześniej od nich wykupionego) i wyburzenie kamieniczki, stojącej przy kaplicy Męki Pańskiej kościoła św. Franciszka z Asyżu, która zajmowała część ulicy. W 1861 roku zaś uporządkowywano wylot Siennej, gdzie spalone domy rzeźników zostały zburzone, fundamenty zasypane, a wolny po nich teren włączono w obręb Plant[88].

[edytuj] Renowacja kościołów i pałaców

Quote-alpha.png
Ślady téj klęski już w większéj części zatarte, gdzieniegdzie sterczy jeszcze rudera niezastąpiona nowym budynkiem. Domy ludzkie już odbudowane, same tylko domy Boże niewykończone lub na pół leżące przypominają dzień ten okropny[89].

Powyższymi słowami „Czas” przypominał wielki pożar w 1855 roku. Uwagę zwraca informacja dotycząca kościołów, które uległy zniszczeniu i które w pięć lat po pożodze dalekie były od odbudowania. Faktycznie prace nad „domami Bożymi” trwały bardzo długo, co po części wynikało z faktu finansowania ich ze składek publicznych. Wymagają zatem osobnego omówienia, podobnie jak los pałaców Biskupiego i Wielopolskich[90].

Przez cały czas krakowska opinia publiczna żywo interesowała się postępem i przebiegiem prac przy kościołach Świętej Trójcy i św. Franciszka, wyjątkowych ze względu na ich bogate dzieje i wielką wartość historyczną. Odbudowa tych świątyń stała się wielkim impulsem dla rozwinięcia w Krakowie działalności konserwatorskiej, zarazem przypadła na okres, kiedy w mieście kształtowała się polska szkoła konserwacji zabytków. Kierujący pracami musieli wybierać między często przeciwstawnymi koncepcjami renowacji, przy czym ich wybory były żywo komentowane na łamach ówczesnej prasy. Ścierali się zwolennicy różnych wizji odnowy, jak i toczono polemiki dotyczące różnych zagadnień związanych z odbudową kościołów. Ponadto, po raz pierwszy na tak wielką skalę, zetknięto się z wieloma praktycznymi problemami, jakie niosła ze sobą konserwacja średniowiecznych budowli. Zaangażowali w odnowę architekci otrzymali możliwość poznania zasad wznoszenia gotyckich konstrukcji, co było dla nich cennym doświadczeniem zawodowym i zaowocowało początkami regionalnej, krakowskiej odmiany neogotyku, której jednak nie było dane rozwinąć się na większa skalę. Prócz tego prace te doprowadziły do rozwoju nowoczesnego witrażownictwa[91].

Najszybciej i bez żadnych kontrowersji przebiegła odbudowa kościołów św. Norberta i św. Józefa. W listopadzie 1850 roku poświęcono nowe dzwony dla drugiej z tych świątyń, a jeszcze przed zimą obie zostały przykryte dachówką. Klasztor Bernardynek przy kościele św. Józefa wpierw zabezpieczono, a następnie w szybkim tempie odbudowano zniszczoną przez ogień część. Prace zakończyły się na wiosnę 1851 roku, kiedy to odrestaurowano sygnaturkę na dachu kościoła (w jej bani umieszczono także tekst opisujący pożar)[92].

Dużo trudniejszym wyzwaniem okazały się prace przy kościele Świętej Trójcy, który ucierpiał najbardziej ze wszystkich świątyń strawionych przez ogień. Z okazji rozpoczęcie restauracji 18 sierpnia 1850 roku odbyła się msza święta, którą odprawiono na zewnątrz zrujnowanej świątyni. Na czele komitetu odbudowy stanął ksiądz kanonik Jan Scipio del Campo, natomiast samymi pracami kierował Karol Kremer. Był to doświadczony architekt, który zajmował się już restauracją Collegium Maius i Barbakanu, jak również mocno zaangażował się w walkę z lipcowym pożarem. Nie wiadomo jak planował odbudowę kościoła Dominikanów, w każdym razie musiał się liczyć z koniecznością uzupełniania zniszczonej konstrukcji. Ponadto zapewne nie wykluczał ingerencji autorskich w celu ubogacenia gotyckiej architektury, co w późniejszych koncepcji konserwatorskich było negatywnie oceniane[93].

Początkowe prace miały charakter porządkowy – usunięto gruzy, rozebrano elementy grożące zawaleniem, w tym część fasady, i zabezpieczono resztę świątyni. Gotyckie kaplice, przylegające do nawy południowej, nakryto nowymi, dachami siodłowymi (w miejsce pulpitowych). Dodatkowo ozdobiono je neogotyckimi, ceglanymi szczytami, które rozczłonkowano wnękami. Kiedy przystąpiono do prac w nawie głównej, okazało się, że niższe partie filarów i murów nie utrzymają nowego sklepienia, bowiem tak mocno nadwerężył je ogień. Z konieczności podparte zostały drewnianymi stemplami, a dodatkowo filary ściśnięto żelaznymi obręczami[94].

Lata 1853 – 1854 przyniosły zastój w odbudowie, po części spowodowany brakiem robotników.

[edytuj] Zmiany po pożarze

Dramatyczne wydarzenie z lipca 1850 roku pociągnęło za sobą nie tylko konieczność odbudowy, ale również wprowadzenia różnych zmian, które przede wszystkim miały na celu zabezpieczenie miasta przed kolejną pożogą.

Przystąpiono zatem do porządkowania zabudowy także w miejscach nie strawionych przez ogień, wiele kamienic odmalowano przy tej okazji, szczególnie te, które sąsiadowały z odbudowanymi domami. Dużą uwagę poświęcono Rynkowi Głównemu, i tak w 1852 roku wyburzono Kramy Żelazne, usytuowane po wschodniej stronie Kramów Bogatych. Dwa lata później rozebrano drewniane kramy i stragany po zachodniej stronie Sukiennic, na całym rynku założono bruk z wapiennych kocich łbów, urozmaicony ciemniejszymi pasami kamieni, które ramowały gwiazdy i koła. Wprowadzono również zakaz stawiania tam nowych, drewnianych bud[95].

Na obszarze całego miasta starano się zlikwidować gontowe dachy i inne, łatwopalne elementy wyposażenia, podobnie jak wszelakie drewniane budynki. Jednak te zmiany wprowadzone były bardzo powoli, co głównie wiązało się z wysokimi kosztami, jakie należało ponieść. Szczególnie dużych nakładów wymagała wymiana dachów na nowe, wykonane z ognioodpornych materiałów. Jeszcze w 1867 roku ponad 75% krakowskich domów krytych było gontem. Sytuacja zmieniała się stopniowo, wraz z rozwojem budownictwa w Krakowie, i tak w 1890 liczba ta wyniosła 31,5%, a dziesięć lat później już tylko 7%[96].

Strach przed nowym, niszczycielskim pożarem utrzymywał się wśród mieszkańców jeszcze przed dłuższy czas. Wpływał nawet na ich dotychczasowe obyczaje. Po kataklizmie z lipca 1850 roku, porzucono tradycję związaną ze świętem Ofiarowania Pańskiego, kiedy to wracano z kościołów z zapalonymi gromnicami i obchodzono z nimi cały dom. Zarazem wielkie zainteresowanie budziły także pomysły, które miały pomóc w walce z ogniem. Tak było w 1852 roku, kiedy to rozpięto drut telegrafu pożarowego między wieżą kościoła Mariackiego a siedzibą straży pożarnej, usytuowaną w jednej z dobudówek Sukiennic, który miał służyć szybkiemu powiadamianiu o zauważonym ogniu. Z kolei sześć lat później inżynier Netrebski zaproponował również założenie na Wieży Ratuszowej zbiornika na wodę, który miał służyć w razie nowego pożaru. Projekt ten, podobnie jak pomysł przekopania kanału z Rudawy na Rynek Główny, nie doczekał się realizacji[97].

Gruntownych zmian wymagał system obrony przeciwpożarowej, który okazał się już przestarzały i niewydolny. Wkrótce, w końcu lipca i na początku sierpnia 1850 roku, władze miasta zaczęły wydawać liczne zarządzenia dotyczące zabezpieczenia Krakowa przed kolejną pożogą. Oprócz wspominanej już instrukcji budowlanej były to regulacje nakazujące usunięcie wszelkich rupieci ze strychów i zaopatrzenie budynków w sprzęt do walki z ogniem. Zreorganizowano też straż pożarną, podwyższając pensje i tworząc stałe posterunki w mieście oraz zakupiono w Wiedniu nowe sikawki, które jednak okazały się kiepsko wykonane. Ponadto przez długi jeszcze czas w straży służyło niewiele osób (w 1863 roku było czterdziestu dwóch strażaków) i z konieczności dalej opierano się w walce z ogniem na mieszkańcach, którzy zresztą po wielkim pożarze chętniej i liczniej zgłaszali się w razie alarmu. Pomocą w trudniejszych sytuacjach służyło także wojsko ze swoim sprzętem[98].

W ciągu kolejnych lat sytuacja ulegała poprawie dość wolno. Wszelkie zmiany wprowadzano poprzez nowe regulacje prawne i często upływało sporo czasu nim były realizowane. Wynikało to głównie z problemów finansowych miasta. I tak, w 1855 roku władze Galicji zatwierdziły nową Ustawę ogniową dla królewskiego głównego miasta Krakowa, opracowaną przez miejscowe urzędy. Zawarto w niej przepisy ochrony przeciwpożarowej, które obowiązywały wszystkich mieszkańców. Nad ich przestrzeganiem czuwały magistrat i Wydział Miejski, które także kierowały akcjami, organizowały odpowiednie służby i utrzymywały sprzęt gaśniczy. Dużą rolę we wzmacnianiu systemu prewencji ogniowej odegrało Towarzystwo Ubezpieczeń od Ognia, założone w 1860 roku i nazywane „Florianką”, od przyjętego patrona św. Floriana. Oferowało mieszkańcom miasta dobrowolne ubezpieczenia od pożarów (z czasem poszerzyło zakres działalności i stało się najważniejsza instytucją ubezpieczeniową w Galicji), a jego prezes, hrabia Adam Potocki, wystąpił z propozycją utworzenia ochotniczej straży pożarnej. Jednak na realizację tej inicjatywy trzeba było czekać trzy lata. W 1865 roku powołano do życia stowarzyszenie Ochotniczej Straży Ogniowej. Początkowo skupiło dwustu członków, którzy zobowiązali się do pełnienia służby gaśniczej i regularnego udziału w ćwiczeniach. Na ich czele stanął Wincenty Eminowicz, były oficer austriacki i uczestnik powstania styczniowego. Wśród ochotników nie brakło osób z żadnej z warstw społecznych, a szczególnie liczni byli młodzi rzemieślnicy i studenci. Jeszcze w tym samym roku „Florianka” z własnych funduszy zakupiła w Heidelbergu nowoczesną sikawkę[99].

W 1866 roku ochotnicza straż została przekazana pod zarząd magistratu, a w dwa lata potem wprowadzono w niej jednolite umundurowanie. Jednocześnie przymierzano się do powołania zawodowej straży, jednak minęło nieco czasu nim udało się tego dokonać. Dopiero w 1873 roku powstała Miejska Zawodowa Straż Pożarna. Poza walką z ogniem zajmowała się również ratowaniem życia w czasie wypadków, pomocą ludności oraz sprzątaniem ulic i placów. Jej naczelnikiem mianowano Eminowicza, a jego dotychczasowi podkomendni, ochotnicy, pełnili odtąd służbę pomocniczą. W skład zawodowej straży weszło sto osób. Poza naczelnikiem było jeszcze czterdziestu pompierów (operatorów pomp gaśniczych), pięćdziesięciu pomocników i dziewięciu woźniców. W ciągu następnych lat funkcjonowała dość sprawnie, sukcesywnie choć skromnie wzmacniana sprzętem, a w 1879 roku oddano do jej użytku nową strażnicę[100].

[edytuj] Upamiętnienie wydarzenia

Bolesne dla miasta wydarzenie przypominała msza święta, odprawiana corocznie 18 lipca w kościele Mariackim. Informacji, mniej lub bardziej obszernych, na ten temat dostarcza zwykle Kronika miejscowa „Czasu”. Po raz pierwszy[101] msza odbyła się w 1851 roku, z polecenia Rady Miejskiej. Uczestniczyły w niej władze cywilne i wojskowe, a celebrujący biskup Łętowski, zapowiedział, iż co roku pożar będzie upamiętniany w ten sposób. Miała to być zarazem zachęta do wsparcia odbudowy kościołów Dominikanów i Franciszkanów[102]. W ciągu kolejnych lat wśród intencji nabożeństwa wymieniano prośbę o Boże błogosławieństwo dla Krakowa i nie dopuszczenie do podobnego nieszczęścia w przyszłości, podziękowanie za ocalenie reszty Krakowa, jak też prośbę o błogosławieństwo dla wspierających odbudowę[103]. Przez pewien czas była to ważna uroczystość w życiu miasta, na którą liczni przybywali mieszkańcy, obecne też były cechy rzemieślnicze ze swymi chorągwiami. Jednak już w 1856 roku bardzo mało osób w niej uczestniczyło[104].

W większości numerów „Czasu” pojawiają się tylko krótkie, jednozdaniowe informacje o rocznicowej mszy. Czasem umieszczano jedynie zapowiedź, a niekiedy nie pojawiała się żadna wzmianka, choć nie można z całą pewnością stwierdzić, iż wtedy wotywa nie odbyła się. Tradycja rocznicowych mszy utrzymała się jednak aż do pierwszego dziesięciolecia XX wieku, ostatnia informacja o niej pochodzi z 1908 roku. Co prawda, często niewiele osób pojawiało się na niej, ale nie brakowało też lat, w których odnotowano bardzo duża liczbę zgromadzonych mieszkańców miasta. W nabożeństwie, również z różnym natężeniem, uczestniczyli także członkowie Rady Miejskiej, jak i urzędnicy magistratu, często na czele z prezydentem lub wiceprezydentem miasta. Spośród nich na wotywie pojawiali się Józef Dietl (w 1867 i 1868), Ferdynand Weigel (1877), Józef Friedlein (1885, 1889, 1894, 1898, 1901) czy Juliusz Leo (1907). Asystę, poza cechami, zapewniały też straże pożarne, ochotnicza i zawodowa.

W drugiej połowie XIX wieku w Krakowie bardzo popularnymi stały się tablice pamiątkowe, poświęcone różnym wydarzeniom, osobom czy też historycznym miejscom. Wielki pożar również został upamiętniony w ten sposób. W 1853 roku, w fasadę odbudowanej kamienicy Hetmańskiej przy Rynku Głównym, wmurowano tablicę, z opisem jego przebiegu[105]. Zachowana po dziś dzień, relacjonuje wydarzenie z 18 lipca w następujący sposób:

Quote-alpha.png
Dnia 18 lipca 1850 r. o godzinie 1 z południa powstał ogień w Młynach Rządowych przy ulicy Krupniczej, którą w większej połowie zniszczywszy mocą wiatru przeniósł na róg Ulicy Gołębiej, zkąd szerząc się z niesłychaną szybkością ogarnął Ulicę Gołębią, Wiślną, Bracką, Franciszkańską, Szeroką, Stolarską, Śgo Józefa od strony południowej, Grodzka po obu stronach w długości od Ulicy Śgo Józefa do Rynku Głównego, Mały Rynek od strony południowej, wreszcie Rynek Główny od strony południowo-wschodniej. Tym sposobem zgorzało nieruchomości 163 N° między któremi Pałac Biskupa Krakowskiego, oraz cztery kościoły jako to Śgo Norberta, Franciszkanów, Dominikanów, Bernardynek czyli Śgo Józefa, trzy ostatnie wraz z klasztorami do nich należącymi. Ku pamięci tak okropnej klęsce, ku uczczeniu wszystkich Dobroczyńców którzy z darami swojemi pospieszyli hojnie i skwapliwie już to dla niesienia pomocy nieszczęśliwym pogorzelcom pozbawionym wszelkich zasobów, już to dla odbudowania zniszczonych Świątyń Pańskich i Domów, napis ten w ścianie tego gmachu, również pożarowi uległego, a na nowo odbudowanego, położonym został 1853 r.[106]

Wiele miejsca pożarowi na kartach swoich dzienników czy wspomnień poświęcili naoczni świadkowie, zostawiając bogaty zasób materiałów historycznych. Wśród krakowian, którzy zostawili po sobie zapiski dotyczące tego wydarzenia, należy wymienić Karola Estreichera, Fryderyka Hechela, Wiktora Kopffa, Józefa Louisa ojca, jego syna Józefa i córkę Oktawię, biskupa Ludwika Łętowskiego, Hilarego Meciszewskiego, Helenę Modrzejewską, Pawła Popiela i Teodora Baltazara Stachowicza. Natomiast Ambroży Grabowski, poza fragmentami swoich wspomnień, napisał także odrębny tekst pod tytułem Pożar Krakowa 1850. Oprócz tego powstała również anonimowa Historia pożaru miasta Krakowa, wydana drukiem już w sierpniu 1850 roku, której autorem był najprawdopodobniej Walerian Kalinka[107]. Tragiczne wydarzenie z historii miasta stało się też tematem wiersza autorstwa Ludwika Niemojowskiego:

Quote-alpha.png
Krakowie! Smutna z ciebie stała się pustynia./ O Twej dawnej świetności przebrzmiały marzenia.../ Połowa twoich domów w gruzach pogrzebiona,/ Przez mieszkańców opuszczona,/ Z których okien wygląda okropne zniszczenie,/ A przepalonym ścianom grozi zawalenie.../ A tam, gdzie piękny gród wznosił swe mury,/ Gdzie brzmiał śmiech szczęścia i wesołe pienie,/ Z skopconych zgliszczów został gruz ponury,/ A na ulicach zasiadło głuche milczenie.../ O Jeruzalem[108]

Przypisy

  1. Kronika Krakowa. Warszawa: 1996, s. 190. 
  2. J. Demel. Pożar Krakowa w 1850 roku. „Rocznik Krakowski”. XXXII. S. 66, 71-72.  ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: Kraków w latach 1796-1918. Kraków: 1979, s. 193. ; Kronika Krakowa. s. 189. ; Encyklopedia Krakowa. Warszawa-Kraków: 2000, s. 293 (hasło Historia), 803 (hasło Pożary). 
  3. J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196, 198. ; M. Borowiejska-Birkenmajerowa: Serce Polski: zabytki i świadomość narodowa. Kraków: 1991, s. 93-94, 96. ; Kronika Krakowa. s. 189. ; Encyklopedia Krakowa. s. 803 (hasło Pożary).  Podaje się także rok 1872 jako datę zakończenia odbudowy przy dominikańskim kościele Świętej Trójcy, J. Demel: op.cit. s. 89. ; J. Purchla: Jak powstał nowoczesny Kraków. Kraków: 1990, s. 11 (błędna datacja pożaru na 8 lipca), 12, 44.  Jednak wówczas zakończono dopiero prace budowlane, a do 1884 trwało jeszcze wyposażanie wnętrze świątyni.
  4. J. Demel: op.cit. s. 61. ; Jan Adamczewski: Mała encyklopedia Krakowa. Kraków: 1996, s. 349 (hasło Pożary). ; M. Rożek: Kraków. Przewodnik historyczny. Wrocław: 1999, s. 140. ; Encyklopedia Krakowa. s. 803 (hasło Pożary). 
  5. W niektórych wspomnieniach i opracowaniach pojawiają się inne, błędne daty: 8 lipca (J. Purchla: op.cit. s. 11. ), 13 lipca (M. Estreicherówna: Życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa w latach 1848-1863. Kraków: 1968, s. 40. ), „pewna lipcowa niedziela” (H. Modrzejewska: Wrażenie i wspomnienia. przeł. M. Promiński. Kraków: 1957, s. 38. ), 18 sierpnia lub 17 lipca (I. Kęder, W. Komorowski: Ikonografia placu Wszystkich Świętych oraz ulic Franciszkańskiej, Poselskiej, Senackiej i Kanoniczej w Krakowie. Kraków: 2007, s. 17, 137. ).
  6. Używano również nazwy Młyny Rządowe. Faktycznie był to jeden, murowany budynek, wzniesiony w latach 1776-1777, niekiedy określany też mianem Kamienny, Encyklopedia Krakowa. s. 624 (hasło Młyny wodne).  Usytuowany był w miejscu, gdzie obecnie znajduje się podjazd do izby przyjęć Szpitala Specjalistycznego im. J. Dietla, B. Zbroja, K. Myślik: Nieznany portret Krakowa. Kraków: 2010, s. 95. 
  7. „Czas”. nr 181 z 8 VIII 1850. S. 1. ; J. Demel. op.cit. . S. 67.  Na temat okoliczności wybuchu pożaru patrz też: Józefa Louisa-ojca notatki o katastrofie finansowej rodziny i o pożarze miasta Krakowa w r. 1850. W: Pamiętniki krakowskiej rodziny Louisów (1831-1869). oprac. J. Zathey. Kraków: 1962, s. 306. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 40. ; W. Kalinka: Galicja i Kraków pod panowaniem austriackim. Wybór pism. Kraków: 2001, s. 115. 
  8. J. Demel. op.cit. . S. 67. 
  9. J. Demel. op.cit. . S. 67. ; J. M. Małecki: Historia Krakowa dla każdego. Kraków: 2008, s. 195. 
  10. Józefa Louisa-ojca notatki.... W: Pamiętniki krakowskiej rodziny.... s. 306. 
  11. F. Hechel: Kraków i ziemia krakowska w okresie Wiosny Ludów. Pamiętniki. oprac. H. Barycz. Wrocław: 1950, s. 357. 
  12. J. Demel: op.cit. s. 62-64. ; F. Hechel: op.cit. s. 357. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 193-194. 
  13. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 1. ; J. Demel. op.cit. . S. 67. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 194. 
  14. „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 1. ; J. Demel. op.cit. . S. 68-70. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 194. 
  15. J. Demel: op.cit. s. 74. 
  16. F. Hechel. op.cit. . S. 358. 
  17. J. Demel: op.cit. s. 75. ; F. Hechel. op.cit. . S. 358. 
  18. Cyt. za: J. Demel. op.cit. . S. 68. 
  19. J. Demel: op.cit. s. 64-65. ; Encyklopedia Krakowa. s. 930 (hasło Straż pożarna). Natomiast M. Estreicherówna podaje, iż obowiązek gaszenia pożaru spoczywał tylko na austriackim garnizonie. Spośród mieszkańców w walce z ogniem mieli brać udział jedynie ochotnicy (głównie studenci), M. Estreicherówna: op.cit. s. 39. 
  20. J. Demel: op.cit. s. 64. ; W. Kalinka: op.cit. s. 115. ; J. M. Małecki: Historia Krakowa... s. 195. 
  21. F. Hechel: op.cit. s. 358. 
  22. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 2. ; J. Demel. op.cit. . S. 64, 70. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 194. 
  23. 23,0 23,1 „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 2. 
  24. Relacja Louisa-syna o pożarze, w: Józefa Louisa-ojca notatki... W: Pamiętniki krakowskiej rodziny... s. 309. 
  25. Oktawii Louis niektóre karty dziennika z lat 1848-1853. W: Pamiętniki krakowskiej rodziny... s. 194-196. 
  26. Józefa Louisa-ojca notatki... W: Pamiętniki krakowskiej rodziny... s. 308. 
  27. H. Modrzejewska: op.cit. s. 40-41.  Wspomniane błonia to obszar przy dzisiejszej ulicy św. Sebastiana, J. Purchla: op.cit. s. 15. 
  28. J. Demel. op.cit. . S. 70.  Tylko 20 lipca aresztowano trzydzieści sześć osób, podejrzanych o różne przestępstwa, „Czas”. nr 165 z 21 VII 1850. S. 2.  O kradzieżach w trakcie pożaru wspominał również Józef Louis, Relacja Louisa-syna o pożarze, w: Józefa Louisa-ojca notatki... W: Pamiętniki krakowskiej rodziny... s. 309. 
  29. „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 2-3. ; „Czas”. nr 165 z 21 VII 1850. S. 1-2 (tu też wymieniono osoby zasłużone w walce z ogniem). ; J. Demel. op.cit. . S. 71. ; F. Hechel: op.cit. s. 357. 
  30. Dokładne informacje o poszczególnych miejscach, gdzie znów pojawiał się ogień, zawierają kolejne numery Czasu, od 165 do 171.
  31. J. Demel. op.cit. . S. 71-72. 
  32. W niektórych opracowaniach pojawia się błędna datacja tego wydarzenia na 20 lipca, np. J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196. ; Kronika Krakowa. s. 188. 
  33. „Czas”. nr 171 z 27 VII 1850. S. 1. ; J. Demel. op.cit. . S. 72. ; F. Hechel: op.cit. s. 358. 
  34. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 1.  Pałac Krzysztofy określano wówczas mianem kamienicy Waltera, od nazwiska właściciela. Koszary urządzono tam w 1846 roku, M. Estreicherówna: op.cit. s. 138. ; Encyklopedia Krakowa. s. 724 (hasło Pałac Pod Krzysztofory). 
  35. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 1. ; F. Hechel: op.cit. s. 356. ; J. Demel: op.cit. s. 69. 
  36. „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 1. 
  37. „Czas”. nr 165 z 21 VII 1850. S. 1. ; „Czas”. nr 167 z 23 VII 1850. S. 1. 
  38. F. Hechel: op.cit. s. 356. 
  39. „Czas”. nr 181 z 8 VIII 1850. S. 1. ; J. Demel: op.cit. s. 85. 
  40. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 1. ; „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 1, 2. ; „Czas”. nr 165 z 21 VII 1850. S. 1-2. ; „Czas”. nr 168 z 24 VII 1850. S. 2. ; „Czas”. nr 171 z 27 VII 1850. S. 1. ; J. Demel: op.cit. s. 71. 
  41. „Czas”. nr 166 z 22 VII 1850. S. 3. 
  42. Kronika Krakowa. s. 189. ; W. Kalinka: op.cit. s. 115.  Powołując się na Kalinkę podobnie rzecz przedstawiono w: M. Estreicherówna: op.cit. s. 40. 
  43. Józefa Louisa-ojca notatki... W: Pamiętniki krakowskiej rodziny... s. 305-306, 309.  Przywołując relację Louisa, za główną przyczynę pożaru uznano austriackie przepisy w: J. Adamczewski: op.cit. s. 501 (hasło Straż pożarna). 
  44. J. Demel: op.cit. s. 64, 65, przyp. 1. ; F. Hechel: op.cit. s. 573. 
  45. J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 430. 
  46. J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196. ; Encyklopedia Krakowa. s. 803 (hasło Pożary). 
  47. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 2. ; „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 3. ; Józefa Louisa-ojca notatki.... W: Pamiętniki krakowskiej rodziny.... s. 309, przyp. 5. ; J. Demel. op.cit. . S. 71, przyp. 2 (tu pomylono nazwisko „Ziobrowscy” z „Żebrowscy”). 
  48. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 2. ; „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 3. 
  49. „Czas”. nr 165 z 21 VII 1850. S. 2. ;J. Demel. op.cit. . S. 71, 72. 
  50. „Czas”. nr 167 z 23 VII 1850. S. 1. 
  51. M. Rożek: Przewodnik po zabytkach i kulturze Krakowa. Warszawa-Kraków: 2000, s. 175,177. ; Encyklopedia Krakowa. s. 357 (hasło Kamienica Bonerowska), 372 (hasło Kamienica Pod Karpiem Szarym), 376 (hasło Kamienica Pod Złotym Karpiem), 864 (hasło Rynek Główny, gdzie błędnie wymieniono wśród spalonych kamienic numer 19). 
  52. J. Demel. op.cit. . S. 74-75.  Patrz też: J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196. ; Kronika Krakowa. s. 189. ; Encyklopedia Krakowa. s. 803 (hasło Pożary).  Liczbę 165 zniszczonych domów podaje: M. Estreicherówna: op.cit. s. 40. 
    Listy zniszczonych obiektów i poszkodowanych właścicieli opublikowano w krakowskiej prasie, patrz: „Czas”. nr 166 z 22 VII 1850. S. 1-2. ; „Czas”. nr 169 z 25 VII 1850. S. 1-2.  Na tej podstawie oparto listę w: J. Demel. op.cit. . S. 91-94. 
  53. M. Tyrowicz: Kraków od Wiosny Ludów do nocy styczniowej 1848-1864. W: Szkice z dziejów Krakowa od czasów najdawniejszych do pierwszej wojny światowej. Kraków: 1968, s. 336. ; M. Żukow-Karczewski. Czerwony kur w Krakowie, czyli wielki pożar miasta w 1850. „Gazeta Krakowska”. nr 197 (27-28 VIII 1994). S. 7.  Pożar strawił dokładnie 171 numerów domów, lecz niektóre większe budynki posiadały więcej niż jeden numer, J. Demel. op.cit. . S. 74, przyp. 2. 
  54. F. Hechel: op.cit.. s. 358. 
  55. J. Purchla: op.cit. s. 11. 
  56. J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196. Władze austriackie ustaliły wartość jednego złotego reńskiego, zarówno w monecie, jak i banknocie, na cztery złote polskie i sześć groszy, M. Estreicherówna: op.cit. s. 8. 
  57. Z czego na straty w nieruchomościach przypaść miało 545 000 złotych reńskich, a 476 600 złotych reńskich na straty w ruchomościach, W. Kalinka: op.cit. s. 116. 
  58. „Czas”. nr 177 z 3 VIII 1850. S. 4. ; J. Demel. op.cit. . S. 75. ; J. Demel: op.cit. s. 73. ; J. Lubicz-Pachoński: Kościuszko na ziemi krakowskiej. Kraków: 1984, s. 253-254. ; M. Borowiejska-Birkenmajerowa: op.cit. s. 78. ; Kronika Krakowa. s. 189. ; W. Komorowski, I. Kęder: Ikonografia kościoła Dominikanów i ulicy Grodzkiej w Krakowie. Kraków: 2005, s. 61, 155.  Z katafalku Kościuszki ocalono jedynie obrazy M. Stachowicza, które były umieszczone na jego bokach, J. Lubicz-Pachoński: op.cit. s. 254. 
  59. J. Demel: op.cit. s. 75. ; Encyklopedia Krakowa. s. 101 (hasło Canavesi Hieronim), 164 (hasło Dominikanie). ; W. Komorowski, I. Kęder: Ikonografia kościoła Dominikanów... s. 134, 138, 141-143, 147-148. ; M. Fabiański: Złoty Kraków. Kraków: 2010, s. 204. 
  60. J. Demel. op.cit. . S. 776 (tutaj podano, iż Fenka Borkowa była kasztelanką sandomierską). ; I. Kęder, W. Komorowski: Ikonografia placu Wszystkich Świętych... s. 142.  Nagrobek Petrycego, który rozsypał się na kawałki, zrekonstruowano w 1930 roku i umieszczono w kruchcie, Ibidem. 
  61. J. Demel. op.cit. . S. 75. ; M. Rożek: Przewodnik.... s. 136.  J. Adamczewski podaje, iż zniszczenia w kościele św. Norberta ograniczyły się tylko do spalonego dachu, J. Adamczewski. op.cit. . S. 206 (hasło Kościół św. Norberta, Saletynów). 
  62. J. Demel. op.cit. . S. 75. ; Encyklopedia Krakowa. s. 719 (hasło Pałac Biskupi).  Świadectwem, jak wyglądały wnętrza Gabinetu Historycznego są rysunki Jana Nepomucena Dalskiego i M. Stachowicza z 1828 roku, I. Kęder, W. Komorowski: Ikonografia placu Wszystkich Świętych... s. 223-227. 
  63. „Czas”. nr 163 z 19 VII 1850. S. 2. ; „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 3. ; J. Demel. op.cit. . S. 75. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196. ; Encyklopedia Krakowa. s. 628 (hasło Morstin, Morsztyn Felicjan Ludwik). 
  64. J. Demel. op.cit. . S. 75. ; Encyklopedia Krakowa. s. 138 (hasło Czech Józef), 168 (hasło Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego). 
  65. H. Modrzejewska. op.cit. . S. 42, 43. 
  66. J. Demel. op.cit. . S. 75. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196. ; Encyklopedia Krakowa. s. 411 (hasło Kirchmayer, Kirchmajer Wincenty Antoni).  W skład komitetu weszły ponadto następujące osoby: Franciszek Bulikowski, Antoni Czerny, Eugeniusz Chrząstowski, Franciszek Salezy Gawroński, ksiądz Adam Jakubowski, rektor krakowskiego zgromadzenia pijarów, Stefan Ludwik Kuczyński, profesor UJ, Józef Kurowski, Józef Majer, rektor UJ, Hilary Meciszewski, Karol Kremer, hrabia Leon Rzewuski, ksiądz Antoni Rozwadowski, Fryderyk Skobel, profesor UJ, ksiądz Maciej Wójcikowski i Teofil Żebrawski, „Czas”. nr 165 z 21 VII 1850. S. 1. 
  67. J. Demel. op.cit. . S. 77, 80. 
  68. J. Demel. op.cit. . S. 78.  Można też spotkać się z informacją, iż Komitet Pogorzeli zebrał w ciągu jednego roku kwotę około miliona złotych reńskich, z czego z samego miasta miało wpłynąć około stu tysięcy, J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 196.  Suma ta wydaję się jednak za wysoka, nie podano też skąd zaczerpnięto te wyliczenia.
  69. „Czas”. nr 152 z 5 VII 1851. S. 1. ; „Czas”. nr 229 z 6 X 1851. S. 4. ; „Czas”. nr 35 z 13 II 1852. S. 1. ; J. Demel. op.cit. . S. 78. ; J. Banach: Dawne widoki Krakowa. Kraków: 1983, s. 144-145.  Wystawa Kurowskiego, jak i jego udział w organizacji pomocy przy gaszeniu pożaru, spotkała się z wielkim uznaniem mieszkańców Krakowa, zaś za zebrane pieniądze zakupiono sto dwadzieścia trzy korce węgla dla ubogich, M. Estreicherówna: op.cit. s. 128. 
  70. J. Demel. op.cit. . S. 78.  W krakowskim Czasie nie brak jednak wykazów ofiar pieniężnych, publikowanych z inicjatywy Komisji Gubernialnej np. „Czas”. nr 172 z 29 VII 1850. S. 1. ; „Czas”. nr 182 z 9 VIII 1850. S. 3-4. 
  71. J. Demel. op.cit. . S. 77-78.  Lista osób, które otrzymały wsparcie z pieniędzy cesarza patrz: „Czas”. nr 172z 29 VII 1850. S. 5-6. 
  72. J. Demel. op.cit. . S. 78-79, 80.  Bardzo krytyczną ocenę działalności Komisji Gubernialnej przytacza M. Estreicherówna. Wedle niej pomoc była źle zorganizowana, bowiem komisja ograniczała Radę Miejską, bardziej kompetentną w szacowaniu szkód, a pieniądze rozdysponowane przez komisję, trafiły podobno przede wszystkim do poszkodowanych przez pożar urzędników austriackich i rosyjskich, reszta zaś została bez celu roztrwoniona. Za dużo bardziej pomocną i skuteczną uznała działalność Komitetu Pogorzeli, przytaczając, iż na cześć hrabiny Potockiej wybity został medal, M. Estreicherówna: op.cit. s. 40. 
  73. J. Demel. op.cit. . S. 79. 
  74. J. Demel: op.cit. s. 73. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 8-10. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 178-180. ; Kronika Krakowa. s. 186. ; J. M. Małecki: Historia Krakowa.... s. 196. 
  75. J. Demel: op.cit. s. 63, 74-75, 80-81. ; F. Hechel. op.cit. . S. 358. ; J. Purchla: op.cit. s. 11. 
  76. J. Demel: op.cit. s. 81. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198.  Informacje o pierwszym spotkaniu komitetu: „Czas”. nr 171 z 27 VII 1850. S. 1. ; „Czas”. nr 173 z 30 VII 1850. S. 1. 
  77. J. Demel: op.cit. s. 81.  Tekst projektu Meciszewskiego: „Czas”. nr 168 z 24 VII 1850. S. 1-2. 
  78. J. Demel: op.cit. s. 82. 
  79. J. Demel: op.cit. s. 81, 82-83. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198. 
  80. J. Demel: op.cit. s. 84. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198. ; J. Purchla: op.cit. s. 11.  Krótkie wspomnienie o skargach na pożyczkę: M. Estreicherówna: op.cit. s. 40. 
  81. J. Demel: op.cit. s. 85. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 37. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198.  Początkowo planowano umieszczenia jatek w Barbakanie. Nie doszło do tego wskutek protestów części mieszkańców miasta, którzy zwrócili uwagę na historyczny charakter tej budowli, „Czas”. nr 275 z 28 XI 1850. S. 4. ; J. Demel: op.cit. s. 84. 
  82. J. Demel: op.cit. s. 85. ; M. Tyrowicz: op.cit. W: Szkice.... s. 336-338. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 178-180. ; J. Purchla: op.cit. s. 11. 
  83. J. Demel: op.cit. s. 85-86. ; J. Purchla: op.cit. s. 11-12, 100, przyp. 15. 
  84. J. Demel: op.cit. s. 87. ; Encyklopedia Krakowa. s. 721 (hasło Pałac Larischa), 725 (hasło Pałac Sanguszków), 733 (hasło Pałace krakowskie). 
  85. Cytat za: J. Demel: op.cit. s. 86. 
  86. J. Demel: op.cit. s. 86, 90. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198. ; J. Purchla: op.cit. s. 12. ; Encyklopedia Krakowa. s. 340 (hasło Jatki rzeźnicze), 505 (hasło Kramy Dominikańskie).  W latach 1870-1871 budynek drukarni przebudowano na gmach Collegium Chemicum, Encyklopedia Krakowa. s. 129 (hasło Collegium Stanisława Wróblewskiego), 1050 (hasło Wiślna, ulica).  Wymienionymi wyżej bursami były najprawdopodobniej bursy Sisiniego oraz Starnigielska, Encyklopedia Krakowa. s. 97 (hasła Bursa Sisiniego i Bursa Starnigielska). 
  87. J. Demel: op.cit. s. 90. ; B. Zbroja, K. Myślik: op.cit. s. 97.  Ten nowy budynek strawił kolejny pożar 2 stycznia 1867 roku, J. Demel: op.cit. s. 90.  Po odbudowie młyn funkcjonował do okresu międzywojennego. Podaje się, iż został zburzony po 1931 roku, Encyklopedia Krakowa. s. 624 (hasło Młyny wodne).  Należy jednak nadmienić, iż ostatnie zdjęcie budynku pochodzi z 1938 roku, B. Zbroja, K. Myślik: op.cit. s. 97. 
  88. J. Demel: op.cit. s. 87-88, 90. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 42. ; J. Purchla: op.cit. s. 12. ; Encyklopedia Krakowa. s. 156 (hasło Dolnych Młynów, ulica), 262 (hasło Grodzka, ulica). ; W. Komorowski, I. Kęder: Ikonografia kościoła Dominikanów... s. 17.  Wedle ówcześnie stosowanych miar szerokość Grodzkiej została zmieniona z pięciu do siedmiu sążni. A. Grabowski podaje, iż przed poszerzeniem ulicy dwa powozy z trudem wymijały się na niej, J. Demel: op.cit. s. 87.  Wedle niektórych przekazów do zrealizowania projektu poszerzenia Grodzkiej miał się przyczynić generał Józef Chłopicki, mieszkający w Krakowie, czego jednak nie da się przekonywająco uargumentować, J. Demel: op.cit. s. 87, przyp. 10. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 83. 
  89. „Czas”. nr 160 z 18 VII 1855. S. 1. 
  90. J. Demel: op.cit. s. 88. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198. ; J. Purchla: op.cit. s. 12. 
  91. J. Frycz: Restauracja i konserwacja zabytków architektury w Polsce w latach 1795-1918. Warszawa: 1975, s. 89. ; J. Bieniarzówna, J. M. Małecki: op.cit. s. 198. ; M. Borowiejska-Birkenmajerowa: op.cit. s. 79-80. ; Z. Beiersdorf: Konserwacja Krakowa przed 100 laty. W: Kraków przed stu laty. Kraków: 1998, s. 71. ; Encyklopedia Krakowa. s. 1053 (hasło Witraże). ; T. Szybisty. Niezachowany witraż projektu Juliusa Hübnera w krakowskim kościele Dominikanów. „Rocznik Krakowski”. LXXVI. S. 95. 
  92. J. Demel: op.cit. s. 73. ; Katalog zabytków sztuki w Polsce. T. IV: Miasto Kraków, cz. II Kościoły i klasztory Śródmieścia (1). Warszawa: 1978, s. 150-151, 153. ; Katalog zabytków sztuki w Polsce. T. IV: Miasto Kraków, cz. III Kościoły i klasztory Śródmieścia (2). Warszawa: 1978, s. 61. ; M. Borowiejska-Birkenmajerowa: op.cit. s. 79. ; J. Adamczewski: op.cit. s. 196 (hasło Kościół św. Józefa, Bernardynek).  Późniejsze restauracje obu kościołów (św. Norberta w 1887 roku, św. Józefa w 1875 i 1913 roku), jak się wydaje, nie miały już związku z likwidacją skutków pożaru, Encyklopedia Krakowa. s. 472 (hasło Kościół św. Józefa, Bernardynek), 477 (hasło Kościół św. Norberta). 
  93. „Czas”. nr 185 z 13 VIII 1850. S. 4. ; J. Frycz: op.cit. s. 108. ; M. Borowiejska-Birkenmajerowa: op.cit. s. 80. ; Encyklopedia Krakowa. s. 436 (hasło Konserwacja i ochrona zabytków). ; W. Bałus: Architektura sakralna w Krakowie i Podgórzu. W: Sztuka sakralna Krakowa w wieku XIX. cz.1. Kraków: 2004, s. 107. } Wzmianka o postawie Kremera w trakcie pożaru: „Czas”. nr 164 z 20 VII 1850. S. 1.  Na temat jego wcześniejszej działalności konserwatorskiej patrz: J. Frycz: op.cit. s. 89-103. 
  94. J. Demel: op.cit. s. 88-89. ; J. Frycz: op.cit. s. 108. ; M. Borowiejska-Birkenmajerowa: op.cit. s. 80. 
  95. J. Demel: op.cit. s. 86-87. ; Encyklopedia Krakowa. s. 864 (hasło Rynek Główny). 
  96. J. Demel: op.cit. s. 90. ; J. Purchla: op.cit. s. 16, 29, 117 (tabela I), 118 (tabela III).  Warto dodać, iż w 1867 roku, na łącznie 1370 domów w Krakowie, aż 191 było drewnianych, a 120 murowano-drewnianych. Natomiast w 1890 roku, przy 2630 domach, liczby te wyniosły odpowiednio 105 i 88, Ibidem. 
  97. „Czas”. nr 11 z 15 I 1852. S. 3-4 (tu nastąpił błąd w nazwie, zamiast Postrzygalni widnieje Syndykówka). ; J. Demel: op.cit. s. 85. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 12, 192-193. ; J. Adamczewski: op.cit. s. 501 (hasło Straż pożarna). 
  98. J. Demel: op.cit. s. 65-66, 85. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 39. ; J. Adamczewski: op.cit. s. 501 (hasło Straż pożarna). 
  99. J. Demel: op.cit. s. 66. ; J. Adamczewski: op.cit. s. 501-502 (hasło Straż pożarna). ; Kronika Krakowa. s. 226. ; Encyklopedia Krakowa. s. 208 (hasło Florianka, Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń „Florianka”), 797 (hasło Potocki Adam), 930 (hasło Straż pożarna). 
  100. J. Demel: op.cit. s. 66. ; J. Adamczewski: op.cit. s. 502 (hasło Straż pożarna). ; Kronika Krakowa. s. 226. ; Encyklopedia Krakowa. s. 208 (hasło Florianka, Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń „Florianka”), 797 (hasło Potocki Adam), 930 (hasło Straż pożarna). 
  101. Jeszcze w trakcie trwania pożaru we wszystkich krakowskich kościołach odbywały nabożeństwa, w intencji ratunku dla miasta, „Czas”. nr 166 z 22 VII 1850. S. 3. ; „Czas”. nr 170 z 26 VII 1850. S. 1. 
  102. „Czas”. nr 164 z 19 VII 1851. S. 1. 
  103. „Czas”. nr 162 z 19 VII 1852. S. 3. ; „Czas”. 162 z 19 VII 1853. S. 1. ; „Czas”. nr 163 z 19 VII 1861. S. 3. 
  104. „Czas”. 165 z 19 VII 1856. S. 3. ; M. Estreicherówna: op.cit. s. 207. 
  105. J. Adamczewski: op.cit. s. 455 (hasło Rynek Główny). ; Encyklopedia Krakowa. s. 362 (hasło Kamienica Hetmańska), 975 (hasło Tablice pamiątkowe). 
  106. Cytat za: J. Demel. op.cit. . S. 95. 
  107. „Czas”. nr 189 z 19 VIII 1850. S. 4. ; J. Demel: op.cit. s. 61, 62, przyp. 4. 
  108. J. Demel: op.cit. s. 73. 

[edytuj] Bibliografia

[edytuj] Źródła

[edytuj] Opracowania

Źródło „http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Pożar_Krakowa_w_1850_roku&oldid=31045942
Osobiste
Przestrzenie nazw

Warianty
Działania
Nawigacja
Dla czytelników
Dla wikipedystów
Narzędzia
Drukuj lub eksportuj

Polecamy: Pozycjonowanie, wózki dziecięce, Kino domowe, Viagra, Kredyty